Księga.
Zapisz
Zajrzyj


Muzyka


















Spis treści.

1. To jest Lilly, a to jest Jack.
2. Hogwart.
3. Miotły i Szpitale.
4. O quidditch'u rzecz traktuje.
5. Nigel i tłusty aniołek mitologiczny.
6. Są ludzie i parapety.
7. Półzakończenie półpozytywne.
8. Back to school.
9. Fragment z życia. Obcinasz?
10. Ciechocinek.
11. Zapowiedź Apokalipsy.
12. Faceci w kieckach i dzikie orgie.
13. After party... head hurts.
14. O tym, jak to Żwirek z Muchomorkiem ten tego...
15. Jack i Mabelle, dresy i krótkie włosy, olaboga!.
16. Gitara.
17. Dlaczego?!
18. Hossy i bessy na giełdzie uczuć.
19. W tylu miejscach poklejone serce.
20. Mózg jest smaczny i pożywny.
21. Kiedy gówno wpadnie w wentylator, schowaj się.
22. Zimne stopy.
23. Rozmowy mądrej głowy.



zjedz mnie.

O nich.
Kliknij, a stanie się światłość.




Smaczne:
-Pan Wojna i pan Zniszczenie.
-samolubne serca.
-nieogarnięta Lady.
-kocha Snape'a.
-zatańcz.
-Corinne.
-Moon.
-oceny ff
-opinie
-myśli nieuczesane, heh.
-stłuczone lustro.
-szekspirowskie oceny.
-be sophisticated.



Stworzono przez Magdę Chrzestną dla tejże samej,
obrazek krzak.



sobota, 25 czerwca 2011

profilaktycznie
Eksperymentalna

komentarze [1]

25. Jade.
środa, 3 listopada 2010


Hmph. Nie mogę tego przerwać. Lubię to opowiadanie, chociaż pod względem literackim i fabularnym jest tragiczne. Kreacje bohaterów pewnie też, tylko mi się podobają :]
dzisiaj próbna matura z matmy! była cudownie rozkosznie prosta.




Tak naprawdę Black nie jest moim nazwiskiem rodowym. Zostawiono mnie pod drzwiami klasztoru jako niemowlę. Dobrze, że nie na śmietniku, nie? Wiadomo, że chrześcijanie się zaopiekują. Moje nazwisko powstało dzięki małej inwencji twórczej siostry przełożonej, która wpadła na nie widząc zalążki czarnej czupryny na mojej główce. Jade to też jej wymysł. Ze względu na oczy. Dobrze w sumie, że nie Green. Wyobrażacie sobie dziewczynę o takim imieniu? „Cześć, jestem Green, a ty?”
Siostry stwierdziły, że zesłał mnie Bóg, więc dywagowały na temat mojej misji w ich życiu albo ich misji w moim. Nieważne. Wychowywały mnie w duchu chrześcijańskim, którego na początku nie rozumiałam, ale przyjęłam ich wierzenia jako rzeczywistość. Ja nie wierzyłam, ja wiedziałam, byłam pewna, że to prawda. Nie mogło być inaczej. Zmartwychwstanie Chrystusa było dla mnie jak cztery pod dodaniu dwóch dwójek. Dalej w to wierzę. Chociaż mój światopogląd mocno naruszyło coś, co nastąpiło, gdy miałam jedenaście lat.
Tak, dostałam list z Hogwartu. Zasadniczo sowa upuściła go prosto na mój podołek, kiedy siedziałam na lekcji łaciny u siostry przełożonej. Zanim zdążyłam przeczytać, zabrała mi go. Po zapoznaniu się z treścią, spaliła kartkę. Ale przychodziły następne i następne. Pewnego dnia siostry zebrały się z jednej z sal i długo się naradzały. W tym momencie przyfrunęła kolejna sowa i nadarzyła się okazja, bym ja sama mogła poznać, skąd to zamieszanie. Zdziwiłam się niepomiernie i ucieszyłam zarazem, bo brzmiało to niesamowicie. Podsłuchałam, jak siostry stwierdzają, że nie oddadzą mnie jakiejś sekcie na posługę Szatanowi. Zasmuciło mnie to. Ale decyzje sióstr były dla mnie niepodważalne, więc nic nie powiedziałam.
W drugiej połowie sierpnia przyszedł pewien pan w szlafroku. Bardzo sympatyczny mi się wydał. Długo rozmawiał z siostrą przełożoną. Mocno burzliwie. Ale zgodziła się. Dzisiaj zastanawiam się, czy jej nie Skonfudował.
Hogwart był dziwny. Dużo chłopców, dziewczyny w krótkich spódnicach, obfitość jedzenia, ani jednego krzyża, ani jednej modlitwy. Czułam się inna. Nie mogłam się z nikim porozumieć. Uważali mnie za dziwaczkę i nudziarę. W dodatku brzydką. Miałam potargane, krzywo ścięte włosy i byłam sucha i pokrzywiona.
W piątej klasie, kiedy samotność stała się dla mnie tak samo oczywista jak dogmaty chrześcijaństwa, coś się wydarzyło. Dotychczas byłam jedynie widzem oglądającym świat przez szklaną szybę. Ktoś ją nagle zbił. Grupa ludzi. Byli dziwni, ale inaczej niż ja. Należeli do różnych Domów, ale się przyjaźnili. Myślałam, że to dlatego, że wszyscy osiągali najlepsze wyniki w nauce, więc reszta uważała ich za kujonów. Tego dnia „dołączyłam” do nich ja i jeszcze jeden chłopak. Zauważyłam, że cała grupa składała się z niesamowicie pięknych ludzi. Mną też się zajęli. Dziewczyny obcięły mi włosy i pokazały, jak je układać, kazały mi zamienić skarpety na rajstopy, nauczyły mnie zachowywać się jak kobieta. Wszyscy byli tacy mili i sympatyczni. Zaprzyjaźniliśmy się. Tylko z tym nowym chłopakiem nie mogłam się dogadać. Wydawał się jakiś taki niedostępny. Ale przecież zostawała mi cała reszta! Nie szukałam z nim porozumienia, nie chciało mi się starać o to, na co on wyraźnie również nie miał chęci. Pozostał między nami chłodny dystans. I obojgu nam było z tym dobrze.
Kończąc szkołę, wszyscy byliśmy już tak ze sobą zżyci, że nie chcieliśmy się rozstawać. Zresztą, w świetle prawa byliśmy już pełnoletni, trzeba było zacząć życie na własną rękę. Mnie samej nie bardzo chciało się wracać do klasztoru. Zresztą wątpiłam, czy ciepło by mnie tam przyjęto.
Zamieszkaliśmy razem. Wynajęliśmy czteroosobowe mieszkanie, w którym zamieszkaliśmy w piątkę: ja, koleżanka, kolega i jeszcze taka dwójka zaręczonych. Przecznicę dalej udało się znaleźć lokum pozostałej trójce z naszej paczki. Wiedliśmy fajne życie, dorywcze prace, wyjazdy pod namiot bez pieniędzy, imprezy do białego rana. Ale cały czas pracowaliśmy nad projektem, który zaczęliśmy już w piątej klasie szkoły.
Wyda się wam to mocno idiotyczne, lecz szukaliśmy naukowego wytłumaczenia magii. W Hogwarcie nie kształciło się nas w kierunku mugolskich nauk, więc musieliśmy sami nadrobić braki. Chłonęliśmy tę wiedzę jak gąbki. To musiało być zrządzenie boskie, żeby ośmioro genialnych ludzi spotkało się w tym samym czasie, w tym samym miejscu i z tymi samymi aspiracjami. Ciekawie było, nie powiem. Po Hogwarcie chcieliśmy podjąć studia mugolskie, ale przecież nie przyjęliby nas bez dokumentów dotyczących edukacji w poprzednich latach. Dla nas nie było rzeczy niemożliwych. Sfałszowanie? Nie ma problemu. Zaliczenie wstępnego? Maksimum bez wysiłku. Ukończyliśmy prestiżowe angielskie i amerykańskie uniwersytety. Jedna z nas, Amelia, miała tak niesamowite możliwości intelektualne, że zaledwie kilka lat po studiach dostała się do grupy badawczej instytutu CERN. Słyszeliście o tym? Zbudowane jest tam gigantyczne urządzenie zwane LHC – Wielki Zderzacz Hadronów. Ogólnie mówiąc, jego rola polega na doprowadzeniu cząstek elementarnych do zderzeń przy prędkości światła, co ma na celu stworzenie warunków jakie istniały przed stworzeniem świata. Niesamowity eksperyment. Amelia dołączyła do CERNu jeszcze zanim w ogóle uruchomiono LHC. Chciała na podstawie badań dowiedzieć się, jak działają takie zaklęcia, jak na przykład stwarzania czegoś z niczego. Czy jej się udało? Zaraz do tego dojdę.
Ta para narzeczonych, która mieszkała razem ze mną, Florian i Mallory, zajęła się poszukiwaniem zupełnie nowych, nieznanych związków lub właściwości tych już poznanych, mogących generować „magiczne” właściwości organizmów. Głównie w oparciu o biofizykę.
Miguel, emigrant z Ameryki Południowej, i Jeremi, człowiek urodzony by być przywódcą, podjęli badania nad mechanizmem transformacji organizmów poprzez ewolucję oraz nad genetyką, licząc na to, że doprowadzi ich to do poznania działania transmutacji. Ich laboratorium przypominało scenę z horroru klasy B. Podziwiałam Ritę, ich współlokatorkę, że nie zwariowała. Ja zrywałam się w nocy z krzykiem po każdych odwiedzinach u nich. Za to Rita, nie dość, że była kompletnie obojętna na eksperymenty chłopaków, to jeszcze zajęła się parapsychologią. Ogólnie ukończyła psychiatrię, potem prowadziła naukowe badania nad możliwościami ludzkiego mózgu.
Kevin Toshio, półkrwi azjata, ten cichy z którym nie mogłam znaleźć wspólnego języka, podjął wraz ze mną badania nad wytworzeniem strumienia energetycznego powodującego kontrolowany ruch cząstek elementarnych umożliwiający zmianą właściwości fizycznych przedmiotów i organizmów lub substancji, np. powietrza.
Wszyscy pragnęliśmy tylko jednego i tego samego: udowodnić nierealne naukowo. Mieliśmy marzenie leżące poza granicami ludzkiego umysłu, zbyt śmiałe, by ktokolwiek mógł po nie sięgnąć. Strach przed poznaniem powinien był nas pohamować. Nie pohamował. I okupiliśmy to strasznymi konsekwencjami.
Kevin zginął w wybuchu laboratorium, gdzie natchnięty w nocy jakąś myślą uruchomił akcelerator. Nastąpiła awaria. Jego rozniosło w pył, mnie, śpiącą w drugim pokoju, mocno poturbowało. Skąd wiele moich dzisiejszych urazów fizycznych.
Rita zwariowała jednak i zamknięta została w specjalistycznym szpitalu psychiatrycznym gdzieś na końcu świata. Nikt jej potem nie widział. Ponoć posiadła niesamowite zdolności parapsychiczne. Egzystuje sobie gdzieś, strzeżona pilnie przez Pentagon.
Florian został zabity przez smoka w trakcie próby pobrania materiału genetycznego. Mallory popadła w ciężką depresję, miała kilka prób samobójczych, w tym zrzucenie się z mostu. Ostatnia była skuteczna.
Amelia została porwana przez jakąś organizację terrorystyczną, przeciwną badaniom CERNu. Żądali zniszczenia LHC, wartego kilkadziesiąt milionów dolarów. CERN nie uległ. Amelia zginęła. Sprawę zatuszowano. Wiemy o niej tylko dzięki Ricie.
Miguel i Jeremi cały czas szukając odskoczni i zapomnienia o tym, nad czym pracują, zaczęli brać narkotyki. Zaczęło się „niewinnie”: od amfetaminy przed pracą do haszu po. Potem zaczęli się gwałtownie staczać, brać coraz więcej, zaliczać kolejne odwyki, brać jeszcze więcej, a potem zginęli w strzelaninie w jakiejś mecie.
A ja? Mnie próbowano zabić. Weszłam pewnego dnia do kuchni, objuczona zakupami i ujrzałam w niej obcego człowieka. Przestraszyłam się. Mężczyzna wycelował we mnie różdżkę i powiedział: siadaj. Usiadłam. On kulturalnie się przedstawił, powiedział, że jest aurorem Ministerstwa Magii i przyszedł, by mnie pozbawić życia. Za co, zapytałam. Opowiedział, że za praktyki czarnomagiczne i działanie na niekorzyść społeczności magicznej i mugolskiej z narażeniem zdrowia i życia innych osób zostałam skazana na karę śmierci. Powiedziałam, że nie może mnie zabić ani aresztować, bo mam małe dziecko, które zostanie osierocone, gdy mnie zabraknie. To było niedawno po śmierci twojego ojca, Jack. Ale czemu miałby się tym przejąć? Uniósł tylko różdżkę i mruknął pod nosem zaklęcie. Ocknęłam się po paru godzinach w szpitalu, znalazła mnie sąsiadka. Czułam się jak za szybą. Mówiłam do nich, ale mnie nie słyszeli. Słowa, które wypowiadałam, musiały być strasznie dziwne, bo patrzyli na mnie jak na wariatkę. Ale były momenty przebudzenia, w których zachowywałam się normalnie. Badania psychiatryczne wykazały, że jestem zdrowa i puścili mnie do domu. Rzadko miałam napady „szyby”, jak to nazywałam. Opiekowałam się Jackiem jak mogłam najlepiej, jako chora i samotna matka. Z czasem jednak on zaczął się opiekować mną, gdyż coraz częściej byłam niepoczytalna. Aż w końcu ucichłam dla świata zupełnie i znalazłam się tutaj. A wy przy mnie.
*
W pewnym momencie weszła pielęgniarka z jakimś siuwaksem i przerwała opowieść. Podczas, gdy Jade zmuszona była do przyjęcia leków, Lilly spojrzała na Jacka. Siedział rozparty w fotelu i miał nieodgadnięty wyraz twarzy, co było dziwne. Był osobą na tyle prostolinijną, że przez te wszystkie lata znajomości Lilly nie zaobserwowała, aby ktokolwiek miał wątpliwości z domyśleniem się w jakim Jack jest akurat humorze. Tymczasem nie była pewna czy to był pierwszy raz, kiedy słyszał tę historię i jakie wywarła na nim wrażenie. Jade ewidentnie nie miała, według Lilly, talentu oratorskiego i jej opowieść brzmiała jak źle skrojona bajka fantasy. Ale życie pisze różne scenariusze.
Wreszcie pielęgniarka wyszła, a pani Black powiedziała cicho i na wdechu:
- Jack, mam do ciebie prośbę. Pójdź do naszego mieszkania i zabierz stamtąd wszystko, co wyda ci się potrzebne albo dziwne albo kretyńskie. Lilly, czy mogę cię o coś poprosić? Po pierwsze, zaopiekuj się moim synem, bo… jest nieokrzesany. Ja powinnam stąd niedługo wyjść, ale… to za mało. Po drugie, zapytaj się ojca… Albo nie… Nie, to w sumie nieważne.
- Pani Black… Cztery lata temu byłam tutaj i pani tak… nerwowo zareagowała na dźwięk mojego nazwiska…
Jade spojrzała na nią z przepraszającym uśmiechem.
- Paplanie chorej psychicznie kobiety. Nie przejmuj się kochanie. Żałuję, że nie mogłam ci powiedzieć tego wcześniej, na pewno głowiłaś się nad tym przez te wszystkie lata…
Jack prychnął. Czasem miał wrażenie, że na Lilly nic nie robiło wrażenia i okazjonalnie przypominała sobie o jakichś dziwnych sytuacjach.
Było to mylne wrażenie.
Wychodząc z oddziału przystanęli na schodach. Lilly kierowała się w dół, zaś Jack musiał iść do góry.
- Kiedy wychodzisz? – zapytała.
- Jutro - wyszczerzył się – Wyjdziesz po mnie na błonia?
- Na błonia?
- Tak… Muszą ograniczyć wstrząsy, co wyklucza świstoklik i Fiuu. Albo wrócę pociągiem albo jakoś inaczej, nie wiem co wymyślą. W każdym bądź razie przez Hogsmeade.
- Czyli pewnie wieczorem?
- Pewnie tak. To do zobaczenia, Lilka!
- Mhm…
*
Jalil stała oparta o parapet, przeglądając notatki z Historii Magii. Obok siedziała skulona Lilly, wysyłając fale mroku i zniszczenia. Gorączkowo rozmyślała nad tym, czego dowiedziała się poprzedniego dnia, a wnioski, do których dochodziła, wcale a wcale się jej nie podobały.
- Cześć Jalil, co słychać? – zagadnął męski głos. Ahmad zadrżała, kartki prawie wypadły jej wzrok. Lilly poruszyła jedynie gałkami ocznymi, które jak czujne kamery przeniosły rejestrację obrazu o czterdzieści stopni w lewo.
Nowy.
- W porządku – wyjąkała Jalil.
- Słuchaj, czy mógłbym poprosić cię o pomoc? Nie do końca wiem, co obejmuje materiał do Sumów w tej szkole… Nikt ode mnie nie jest w stanie mi tego jednoznacznie określić, pomyślałem, że może ty…
- Jasne! Myślę, że… może spotkać się po lekcjach w bibliotece? - zarumieniła się.
- Świetnie! – uśmiechnął się Matt – Będę czekał.
Gdy się oddalił, Jalil jakby się opamiętała i spojrzała spłoszona na przyjaciółkę. Lilly patrzyła na nią beznamiętnie, ale z wysoko uniesionymi brwiami. Co to jest to, co przede mną stoi i jest takie oślizgłe? Zgnieść czy zostawić przy życiu?
- Lilia, ja… - urwała.
- Nie tłumacz mi się, Jal. To twoje życie, zrobisz co będziesz uważała za słuszne. Nie będę cię moralizować, bo to kretyńskie. Zresztą, moją opinię już znasz.
Jalil spuściła głowę. Przecież to tylko kolega.
Eksperymentalna

komentarze [3]

24. Onirycznie żartobliwie i śmiertelnie poważnie.
środa, 7 lipica 2010

holidayz :] cheers... jest fajnie.

wiecie, ja się kompletnie nie nadaję do zachęcania ludzi do mojej twórczości, a piszę to po części dla siebie, ale też dla ludu. dlatego jak nikt nie czyta, to mi się nie chce uploadować i tyle tego, że pół roku nic nie ma. no ale pisanie "wbij do mnie" jest poniżej mojej godności, z kolei korzystanie ze zwyczajnej ciekawości autora, któremu pozostawię przychylny komentarz również nastręcza trudności. ponieważ przychylne komentarze zostawiam tym, którzy dobrze piszą, a trudno takich znaleźć w necie, przynajmniej mi. w efekcie jest kilka osób widniejących po lewej stronie, które cenię i podziwiam, ale reszta to chłam. poważnie, kogo obchodzi pamiętnik Lily P. kiedy pseudopiętnastolatka nie zna pojęcia "składnia" i "ortografia"? dlatego też nie oszukuję ludzi pisząc, że jest super, jak nie jest. fabularnie też wyprano mnie i podkręcono wewnętrzny krytycyzm do granic możliwości. hej, poe!
poza tym chyba wyrastam z harry'ego pottera, co raczej widać, bo jest go mniej niż więcej w tym opowiadaniu.



jak ten szablon wygląda na prawdę, anyone? bo mój mac skutecznie zniekształca wizję rzeczywistości :)


Jalil pędziła korytarzem z największą prędkością, jaką mogła rozwinąć spętana wąską długą spódnicą. No niby w damskim mundurku pod szatę zakładało się szarą plisowaną do kolan, ale jakby wyglądała plisowana do kostek? Wieś tańczy, wieś śpiewa. Złożyła podanie o drobną zmianę i oto skutek: na sto procent się spóźni. Biegła więc ile sił, dreptając maleńkimi kroczkami. Wystarczająco szybko, żeby wpaść na Nowego, który właśnie wyskoczył zza rogu.
Jakie to błahe, infantylne i oklepane: poznanie przez kraksę. Aż mi żal ściska pewną część ciała, że muszę o tym pisać, ale tak właśnie było. Który to już raz w tym opowiadaniu? Hę? Kto da więcej?
Jalil zatoczyła się i byłaby się wywróciła, gdyby nie silna męska dłoń, która chwyciła ją za ramię. Podniosła wystraszone spojrzenie na nowe szkolne bóstwo wcielone i jej cynamonową twarz od razu pokrył rumieniec. Co ciekawe, chłopiec również poczerwieniał i dopiero pod chwili wydukał:
- Ty też jesteś z piątej klasy, prawda?
- T-taaa… - odparła inteligentnie.
- Słuchaj, nie wiesz co się dzieje? Byłem pod salą, w której zwykle odbywają się dozopce i nikogo nie ma. Nie było żadnego ogłoszenia o braku zajęć ani nic… - wymamrotał. Jego głos powoli się uspokajał i pogłębiał.
- To dziwne, rzeczy… rzeczy… - poprawiła nerwowo chustę na głowie – rzeczywiście… Ach…! – ponad ramieniem Matta dostrzegła odbijające się w szybie promienie zachodzącego słońca i nagle sobie przypomniała. Uderzyła się otwartą dłonią w czoło – Dzisiej ten apel. O śmiertelnych.
- A, o zabitych? Faktycznie, wspominali o czymś takim. E, to ja nie idę. – wzruszył ramionami.
- Dlaczego? Nie poruszać to ciebie? – spytała z zawodem w głosie.
- Nie, to przykre, ale wpakować się w środku chwili ciszy nie jest najlepszym pomysłem, nie uważasz?
- Och, to co teraz? – zmartwiła się Arabka. Nie znała ofiar i nie przeszkadzało jej, że uniknie stypy, ale czuła się troszkę nie w porządku. W końcu byli to uczniowie tej samej szkoły.
- Ja wiem… - podrapał się po głowie w zastanowieniu – Mogłabyś mi w sumie pokazać tę szkołę. Moje urocze znajome pokazały mi tylko, gdzie się imprezuje. Nie powiem, żeby mnie nie interesowało, ale…
- Tu ciekawszy rzeczy. Chodź! – ucieszyła się Jalil, nienawidząc przy tym samej siebie.
*
Apel wyjątkowo odbywał się na stojąco, stoły zostały zsunięte pod ściany i pokryte czarnym kirem oraz książkami kondolencyjnymi czy innymi głupotami. Za prezydium również pyszniła się wielka płachta czarnego materiału, z przyczepionymi czarno-białymi zdjęciami ofiar. Dyrektor przemawiał. Wiele uczniów i nauczycieli płakało. Był nawet Minister Magii! I jakiś dziennikarz z Proroka. Lilly stała oparta plecami o ścianę i wydawała się być kompletnie niewzruszona. A już na pewno powróciła jej dawna, mocno posunięta apatyczność, ale nie tak makabryczna jak tuż przed Halloween. Aczkolwiek porównywalna.
Pogrążona była w rozmyślaniach. Ian miał rację. Należała do rodu Potterów. Nie mogła zostawić tak tej sprawy. Sześć ofiar śmiertelnych. W sumie mało jak na taką masakrę, a jednak sześć osób już nigdy nie ukończy tej szkoły, nie popełni małżeństwa ani setki innych błędów. Pewnie nawet nie wierzyli w Boga i ich życie zakończyło się wraz ze śmiercią. Nie, żeby przejmowała się śmiercią kompletnie nieznanych sobie nastolatków. W każdej sekundzie na świecie ktoś umiera. Nieraz w o wiele gorszych okolicznościach. Po prostu była niemalże pewna, że dorośli nie dadzą sobie rady z tą sprawą. Dorosłych wiecznie ogranicza moralność, system i asekuranctwo własnego tyłka. Dzieci nie ogranicza nic. Młodzież troszkę niestabilność emocjonalna. No, ale na pewno nie przejmują się konwenansami.
Rozmawiał z nią Minister i jakiś śledczy. Udała lekką amnezję, „poza tym wszystko działo się tak szybko”… Oni jednak, zadając pytania, wsypali się z kilkoma rzeczami. Bardzo pasującymi do całości.
Przede wszystkim, ich wypowiedzi zdawały się potwierdzać te dziwaczne historie, które ostatnio wypisywał Prorok. O jakiejś zjednoczonej mugolsko-czarodziejskiej organizacji działającej w opozycji wobec nowego porządku. Czysty paradoks. Mugole współpracują z czarodziejami przeciwko czarodziejsko-mugolskiej współpracy. Można by dać głowę, że stoi za tym rząd. Tylko oni są w stanie wymyślić takie absurdy. Niemniej mimo, że głupota ludzka granic przecież nie zna, Lilly nie podejrzewała, że problem leży w tak wąskiej dziedzinie. Za dużo zachodu. Wystarczyło skusić kilka nazwisk pewną sumą i sprawę by się załatwiło. Nie… No dobrze, zostawmy motywy. Bunt często rodzi terroryzm. Duża szansa, że niedługo zagrożenie stanie się na tyle duże i realne, że delikwenci oficjalnie przedstawią swoje roszczenia. A wtedy motywy same się odgadną.
Ale dlaczego według nich ma to związek z halloweenową zombiacką imprezką? Ian coś mówił na temat mutacji. Eksperymenty genetyczne? Po co? Mało to stworzeń na tym świecie, których lepiej, żeby nie było? Groźnych? Nieokrzesanych? Zaraz, właśnie, nieokrzesanych… A gdyby stworzyć broń absolutną, kreaturę, która posiada wszystkie cechy tych najgroźniejszych? Najgroźniejszych… Przy obecnej wiedzy dotyczącej ogólnej biologii najgroźniejszymi wydawały się jej nie strzygi, smoki, gigantyczne pająki ani trolle, ale ludzie… no i wampiry. Rany Jacka się przecież nie goiły. Hirudyna. Mało prawdopodobne, żeby do takiego superstwora pakować ludzkie cechy. Człowiek jest tak niedoskonały fizycznie. Ale za to jego psychika jest właśnie potworna. O to chodzi. Żeby stworzyć coś, co będzie na tyle rozumne, by poprawnie wypełniać rozkazy, ale na tyle głupie, by się nie buntować. Plus odrobina inteligencji, która zmniejszy czas potrzebny na ewentualną tresurę.
Tylko po co? Spokojnie dali by sobie radę sami. Mugole są bezbronni wobec magii. Czarodzieje mają niewiele form obrony przed napalmem. Trzymają się nawzajem w garści. Po co to wszystko? Co oni chcą ugrać? Dlaczego akurat wybrali Hogwart na miejsce testu? A może… Może w tych artykułach były jakieś szczegóły, na które nikt nie zwróciłby uwagi. Gdyby tylko czytała gazety… Zaraz, przecież w bibliotece jest dział prasy, mają wszystkie numery…
Niech ta stypa wreszcie się skończy. Ile można wyć nad czymś, na co nikt nie ma wpływu?
*
Ian stał ze spuszczoną głową. Oparty plecami o ścianę, gdzieś w cieniu, zdawał się być wyrwany z tej ponurej rzeczywistości. Szare włosy przysłaniały całkowicie jego twarz. Myślał.
- Toś nawalił, chłopie.
Uniósł głowę. Miał zmęczone oczy. Zdziwił się porządnie, ale jego twarz nie drgnęła.
- Co ty tu robisz? – warknął.
- Przyszedłem z tobą pogadać. Fajne ciuchy, nie? – wyszczerzył się chłopak, obracając się w miejscu.
- Ten krawat powinien być w zielono-srebrne paski, a nie zielono-czarną kratę – mruknął Ian, potrząsając swoim.
Chłopak spojrzał na swój.
- A, mój błąd – dotknął krawata. Momentalnie zmienił kolory i deseń na prawidłowe – Et viola!
- Czego chcesz? – spytał Kennedy.
Chłopak nonszalancko odrzucił platynowe włosy z czoła i rozejrzał wokoło. Kilka dziewczyn już zdążyło zapomnieć o tragedii i rzucało mu zalotne spojrzenia. Po raz kolejny zaprezentował śnieżnobiałe zęby.
- Fajnie jest znowu mieć siedemnaście lat, wiesz?
- Czego chcesz, Sam? – powtórzył gniewnie Ian.
- Już mówiłem, pogadać – odparł. – Kiedy będziesz wolny? – zapytał, wskazując palcem na tłum za sobą.
- Ja zawsze jestem wolny, Samaelu – mruknął i pociągnął go za rękę. Zniknęli w cieniu.
Gdy wyłonili się z sufitu w jakiejś klasie, Ian miękko zeskoczył na posadzkę, a jego szata nawet nie zafalowała. Sam zaś zwalił się ciężko z trzech metrów na posadzkę, wzniecając tumany kurzu. Podniósł się ciężko i ze złością wypluł okruchy betonu.
- Co to za jazda? Tfu! Chyba najadłem się jakiegoś grzyba. Przeszliśmy przez ścianę?
- Nie chce mi się tego wyjaśniać – mruknął Kennedy, siadając na katedrze nauczyciela.
- Kurde, a co jak ktoś zauważył, że tak po prostu zniknęliśmy? – energicznie strzepywał kurz z jasnych włosów.
- Ludzie są zbyt tępi, Samael.
- A jednak to oni byli pierwsi na miejscu, jak to coś się pojawiło. A ty, bystrzaku? Przecież ona waliła na kilometr!
- Skąd wiesz?
- Identyczną wpuścili w szkole w rewirze Jeana we Francji, ale on nie zdążył dolecieć posterunku gdzie indziej i kilku kropnęła. Jestem pewny, że to takie same, o ile nie ta sama. Opisy zwłok się zgadzają. Ministerstwa obu państw trzymają to w tajemnicy, ale przede mną się nic nie ukryje. Zwłaszcza trupy – oblizał wargi.
- Skąd wiedziałeś o tych tutaj? To ścisła tajemnica. Dzieciakom wyczyszczono pamięć. Myślą, że zawalił się sufit w Wielkiej Sali. Ich starzy więc też nic nie wiedzą.
- Wszystkim wyczyszczono? Co do jednego? – zapytał Sam.
- Oprócz tych, którzy mieli amnezję. Nie chcą niepotrzebnych zmian w mózgu.
- A jeśli ktoś tylko udał, że nie pamięta? – Samael był podejrzliwy.
- Po co? Gówniarze w tym wieku chwalą się tym jak mogą, albo zaczynają się dziwnie zachowywać, to widać jak któryś z nich udaje. – Blondyn wciąż przyglądał mu się badawczo – No dobrze, jest kilka osób, które wiedzą.
- Jak to? Pozwoliłeś na to??? – zdumiał się.
Ian wzruszył ramionami.
- Jednemu kolesiowi nie da się wymazać pamięci. Po prostu nie da. Należy do tych, których opętało. Pozostali nic nie kojarzą, a on wszystko, skubany, pamięta. Ale dyrowi powiedział, że nie, a ten stwierdził, że też ma amnezję i go zostawił, więc ja próbowałem go skasować, ale się nie dało.
- To jeden człowiek, a reszta?
- W ogóle to czemu zmieniłeś temat? Zapytałem, skąd wiesz. Stąd nie ma wycieku.
- Kumpel pracuje w czymś w rodzaju kostnicy Ministerstwa, wysłał mi maila że mają świeże jedzonko – uśmiechnął się błogo. – Teraz to ty zmieniłeś temat.
- Jeszcze jedna dziewczyna, ale ona… Nie piśnie słówka.
Samael uśmiechnął się kpiąco. Był rażąco przystojny. Nieludzko.
- Wolisz zaufać człowiekowi, niż załatwić sprawę jak należy? Co to, litość? Aż tak zmiękłeś?
Ian prychnął.
- Wysuwasz zbyt daleko idące wnioski. Po prostu jest mi potrzebna.
- Po co ci człowiek?
- Nie zrozumiałbyś i tak – mruknął z wyższością. Sam przewrócił oczami.
- Dobrze, pomińmy. Słuchaj, sprawa jest taka… Jak twoja kondycha?
- Powoli wraca. Sam widziałeś.
Samael znów kpiąco się uśmiechnął.
- Jasne. Ale mutanta nie zwietrzyłeś.
Ian patrzył na niego niewzruszony.
- Słabo jest? – spytał Sam, podchodząc do okna.
- Moje zmysły nie pracują jak powinny. Jestem… mało czujny. Za mało. Nie tak, jak powinienem. Ale pracuję nad tym.
- Mało czujny, powiadasz? Wsypałeś się? – zapytał Sam, majdrując coś przy framudze okna.
Kennedy odchylił głowę w tył i zaśmiał się.
- Kpisz sobie ze mnie? Myślisz, że nie potrafię zapanować nad instynktem? – zawołał gniewnie.
- Wy potraficie mieć odpały. Szczególnie jak wam zapachnie.
- Do cholery, Sam. Nie jestem młokosem, jakimś świeżym narybkiem! Mam dwieście lat z hakiem! Do kogo mnie porównujesz? – Ian umiał przekonywująco kłamać, bo po chwili milczenia Samael pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Ok, sorki stary. Tonący brzytwy się chwyta. Siedzimy ostatnio w niezłym gównie. A ty nawaliłeś, i to zdrowo.
- Nawaliłem?!
- Myślisz, że jak jesteś tu na urlopie zdrowotnym, to nie masz obowiązków? To było jak policzek, załatwili sześciu ludzi pod nosem naszego człowieka. Co ciekawsze, sprawca ucie…
- Od kiedy ja jestem waszym człowiekiem, Samael? – przerwał mu Ian. – Coś ci powiem – zaczął, zeskakując z katedry – Jeśli nie zauważyłeś, nie jestem człowiekiem…
- To była przenośnia… - wtrącił Sam, ale wampir go zignorował.
- I nie jestem niczyi. Nie jestem na urlopie, nie mam obowiązków i gówno obchodzi mnie, kto leje cię po mordzie. Nie interesują mnie jakieś ludzkie ofiary. Oni non-stop umierają. Jeśli chodzi ci o to, kto przysłał tutaj to stworzenie, to powiem ci, że też mi to zwisa. A jeżeli zacznie mi przeszkadzać, że to coś miało geny MOJEJ rasy i przyjdzie mi ochota zajebać tym, którzy je bezkarnie wykorzystali do jakichś głupot, to zrobię to tylko i wyłącznie na własny użytek i jedynie dla własnego widzi mi się. Głęboko w dupie mam twoją żałosną organizację. Jeśli chciałeś mieć wpływ na świat, było siedzieć w Niebie, a nie olać swojego Pana jak smarkaty gówniarz, który chce nagle pobawić się nie swoimi zabawkami – dokończył, zbliżając się do Samuela i uderzając wskazującym palcem w jego pierś.
- Chcesz powiedzieć, że to twoje zabawki? – warknął Sam.
- Ja jestem już dużym chłopcem – odparł.
Blondyn wzruszył ramionami i odwrócił się, by otworzyć na oścież stare okno.
- Upomną się o ciebie – mruknął, wchodząc na parapet. Hogwarckie szaty zmieniły się na obcisły skórzany strój motocyklowy – Jak dojdzie to rozróby to stań lepiej po właściwej stronie. Na takich jak my po śmierci nie czeka nic dobrego.
Skoczył. Kilka metrów nad ziemią głośno uderzyły w powietrze ogromne krwistoczerwone skrzydła zbuntowanego Anioła (hell yeah! <-przyp. autorki)
Ze wszystkich uczniów zgromadzonych w Wielkiej Sali tylko dwoje patrzyło się w zaczarowane sklepienie. A nawet gdyby ktoś jeszcze patrzył, pewnie by nie zauważył. Ale oni widzieli krwawego anioła. I wiedzieli, że to nie znaczy nic dobrego.
Krukon i Gryfonka.
*
Popchnęła przeszklone drzwi prowadzące na oddział. Pielęgniarka, która wychodziła właśnie z dyżurki, uniosła głowę znad notatek i uśmiechnęła się promiennie na jej widok.
- Witaj. Nie wiedziałam, że Hogwart zezwala na takie częste opuszczanie zajęć.
Lilly milczała. Nieładnie jest kłamać.
- Chodź, chodź, kochana, to niesamowite…
Podążyły obie korytarzem. Lilly zapukała odruchowo w drzwi trzynastki, nie spodziewając się odpowiedzi. Jakże się zdziwiła, gdy melodyjny głos odpowiedział: proszę.
Nacisnęła klamkę i weszła do środka. Pani Black siedziała na łóżku, oparta o stos poduszek i uśmiechała się ciepło. Widok ten zatrzymał Potter jak w stop-klatce.
- A ty co tu robisz, nicponiu? Nie wolno ci ruszać się z łóżka! – zawołała pielęgniarka.
Dopiero teraz Lilly zauważyła bose stopy wystające spod firanki. Zaraz wyłoniło się też odziane w pidżamę ciało i głupio wyszczerzona głowa Jacka.
- Ale proszę pani! – jęknął.
- Proszę, Liz. To mi bardzo pomaga – powiedziała pani Black, mrugając porozumiewawczo do syna – Obie wiemy, że on nie uleży.
Pielęgniarka pokręciła z rezygnacją głową.
- Jak się czujesz, Jade? – zapytała.
- Zacznie lepiej, dziękuję.
- Dobrze, przyjdę do ciebie za dziesięć minut. I ciebie – wskazała na Jacka – ma już tu nie być.
- Dzień dobry – wykrztusiła Lilly – Widzę, że… Że…
- Tak, kochana. Ale wejdź, wejdź, nie stój tak w drzwiach. Opowiadałam właśnie Jackowi, ile dla mnie zrobiłaś.
- To pani…
- Oczywiście, że wszystko pamiętam! – zawołała. Lilly spąsowiała. Rzadki widok – Naprawdę, bardzo ci dziękuję.
- Ale to tylko ziarenko piasku obok góry, porównując mnie z pani synem – mruknęła Potter.
- O tym nawet nie dyskutujemy – odparła pani Back, uśmiechając się do chłopaka.
- Jack! Jak twoje rany? – przypomniała sobie Lilly.
- Kompletnie się wygoiły po tym twoim glucie, śladu normalnie nie ma! – zawołał uradowany.
- To czemu cię nie wypiszą?
- Bo im ściemniam, że mnie bardzo boli, dodałem jeszcze mdłości i potworne bóle głowy – uśmiechnął się łobuzersko.
- Jack! – ofuknęła go pani Black.
- No co? Przynajmniej nie muszę codziennie kombinować, jak się tu dostać.
Sroga mina Jade złagodniała.
- Mnie też powinni niedługo wypisać. Już wszystko jest dobrze, a oni wciąż mają niedobór łóżek…
- Jak to… Tak nagle pani… Tak… - pstryknęła palcami Potter.
- Tak, moja droga – ucieszyła się kobieta. Miała identyczny promienny uśmiech jak syn. Lilly aż zabolały oczy.
Siedziała tak, apatyczna, i nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Nagle pani Black szepnęła:
- Słuchajcie, powinnam wam wszystko wyjaśnić. Lilly, prawda? Sprawdź proszę, czy nikogo nie ma na korytarzu.
Potter uniosła się z białego plastikowego stołka i podeszła do drzwi. Pusto. Zwróciła się do Jade:
- Chodzi pani o to, aby pani opowieść dotarła tylko do naszych uszu, prawda?
Kiwnęła głową. Lilly machnęła różdżką i wypowiedziała zaklęcie.
- Co to było, Lilka? – zaciekawił się Jack.
- Zaklęcie tłumiące dźwięki. Moja mama tak często go używała, że zdążyłam się już go nauczyć. Ona nie przepada za death metalem.
- Naprawdę? – zdziwiła się szczerze pani Black – Cóż, gusta są różne. Słuchajcie, to ważne…
*
- Kumpel?
Ian odwrócił się. Nigel stał jak zwykle z rękami w kieszeniach szaty, pod pachą trzymał grubą książkę. Miał tak spokojny i wyluzowany wyraz twarzy, że należałoby by mu przyłożyć dla samej zasady.
- O czym ty znowu chrzanisz? – warknął Ślizgon, powracając do grzebania na uginającej się od książek półce.
- O czerwonych skrzydłach, których szelest przeciął nocną ciszę – zironizował.
- Sugerujesz, że kumpluję się z ptakami? – mruknął Kennedy, odkładając kolejną potrzebną książkę na pokaźny już stosik.
- Toć to janioł był. Aniołek jak się patrzy. Nie sądziłem, że istnieją.
- Nie istnieją.
- No pewnie – wzruszył ramionami – Tak samo jak duchy. – wskazał na przelatujące obok mary szesnastowiecznych panien, chichoczących z rozumianego tylko przez siebie żartu.
- I dlaczego miałby być akurat MOIM kumplem? – wampir pozbierał książki z podłogi.
- Nie wiem. Czuję to w ptaszku – rzucił Nigel. Ian udał kichnięcie, żeby stłumić parsknięcie śmiechem. Żeby Krukon nie pomyślał, że śmieje się z jego żartów.
- Nie, to nie był mój kumpel. Bynajmniej. – ruszył w stronę czytelni.
- Skoro tak twierdzisz… A, Kennedy! – zawołał za nim – W Beauxbatons była identyczna sytuacja, wiedziałeś o tym?
- Tak. Ale skąd ty…?
Nigel jedynie się uśmiechnął.
- Dlaczego mi o tym mówisz? – zapytał podejrzliwie Ślizgon.
- Wiesz, ty mnie olewasz, ale ja chciałbym z tobą… współpracować, nazwijmy to. Sam będę to rozgryzał o wiele dłużej. Wiesz, Ravenclaw, ambicja i dążenie do prawdy, srututu…
- Już ci mówiłem, McCallister. Odpuść sobie. To nie twoja sprawa.
- Słuchaj, w Halloween zginął mój przyjaciel. Muszę się dowiedzieć, jakiemu skurwysynowi mam nakopać – mruknął.
Chłopak wie, pomyślał Ian. Dobrze by było mieć go przy sobie, zanim pójdzie do kogoś nieodpowiedniego. No, i nie jest głupi.
- Zastanowię się nad tym, McCallister.
Eksperymentalna

komentarze [5]

23. Rozmowy mądrej głowy.
sobota, 13 marca 2010

Jak przeczytałam ostatni akapit tej notki w celu wykrycia błędów, jakoś tajemniczo przywołał mi na myśl mangę "Death Note". Jeśli ktoś czytał, poczuje zapaszek :)


muszę zmienić layout. obrazek raczej zostanie, bo bardzo go lubię i udało mi się na nim odzwierciedlić imaginacje postaci z mojej łepetyny. a także i charaktery, choć są tak przerysowane, że nietrudno o to :). niemniej gradient w tle i ogólna konwencja kolorystyczna doprowadza mnie do szaleństwa. a ten raster... aż dziw bierze, że stać mnie było na taki kicz. poprawię się, aj promis! i zapraszam do ukrytej sondy, która jest ukryta i trzeba ją odkryć. ach, jaka jestem zUa.




- Ale przecież masz Wybitny i bez tego! – zawołała zdziwiona profesor Axel.
- Tak, ale pomyślałem, że taka dodatkowa praca to świetny sposób na przyswojenie ogromnych ilości nowych informacji oraz znakomite ćwiczenie praktyczne. Chciałbym poświęcić się podobnym badaniom w przyszłości, czemu nie zacząć już teraz… - trajkotał głosem wzorowego ucznia.
- Kennedy, myślę, że… To wspaniale, że uczniowie chcą się angażować – oznajmiła profesor eliksirów. Miał ją w garści. Z kim jak z kim, ale z tą eteryczną „nauczycielką z powołania” nie było możliwości niepowodzenia – Porozmawiam z dyrektorem na temat użyczenia ci pracowni. Tymczasem proszę, abyś przygotował mi wstępny szkic planu pracy, wprowadzenie do badan, takie tam… Wiesz, o co chodzi – uśmiechnęła się delikatnie.
- Ależ oczywiście – odwzajemnił uśmiech. – Dziękuję, pani profesor.
- Nie ma za co. Skonsultuj się ze mną w środę, powiem ci, co i jak.
Kobiety… Nie trzeba nawet używać nadprzyrodzonych zdolności, żeby owinąć je wokół palca.
*
- Nudy, nudy, nudy, nudy, nudy, nudy, nudy, nudy, nudy…
- Zamknij się. Od kilku minut powtarzasz to jak mantrę, jakby co najmniej miało to w czymś pomóc – warknęła, opadając na biały szpitalny stołek. Czarne włosy podskoczyły pod wpływem powietrza.
- Lilly! – zawołał uradowany Jack, patrząc na nią kątem oka.
Leżał na brzuchu, na środkowym łóżku z trzech stojących w sali. Dalej, przy oknie, półleżąc drzemał (chyba) mężczyzna z całym ciałem dokładnie owiniętym bandażami. Bliżej drzwi lekko podrygiwała spora kupka burego futra. Na szafce obok dziewczyna dostrzegła fotografię przedstawiającą parę młodych, roześmianych ludzi. Prawdopodobnie owłosione coś było jednym z nich.
- Lil, przepraszam cię za tamto, przepraszam! – zawołał głosem stłumionym przez poduszkę. – Wybacz mi. Zachowałem się jak idiota, nie wiem co we mnie wstąpiło…
- Zamknij się – powtórzyła.
- Trochę mnie to przytłacza, ta sprawa z mamą i w ogóle wszystko, przepraszam cię…
- Zamknij się.
- Wybaczysz mi? Proszę, wybacz mi…!
- Zamknij się! – zawołała jednocześnie Potter, człowiek-mumia i futrzasty pagórek.
Jack zamilkł na moment, zmieszany, po czym kontynuował już ciszej:
- Po prostu nie umiem… Nie mogę sobie dać rady… Z myślą, że nie jestem sam.
Lilly popatrzyła na niego pustymi oczami. Nie odzywała się przez dłuższą chwilę.
- Wiesz… - mruknęła w końcu – Dość długo już nie jesteś sam.
Uśmiechnął się.
- Taa… Myślę, że oboje jesteśmy raczej powolni, jeśli chodzi o tego typu sprawy…
Gapiła się na niego długo kompletnie bez emocji, gdy niespodziewanie jej wargi wykrzywił grymas, który śmiało można by nazwać uśmiechem.
- Mhm... – potwierdziła. Mięśnie twarzy ponownie zaprzestały pracy. Tylko oczy patrzyły pytająco.
- Całkiem dobrze, jeśli o to ci chodzi – odpowiedział na nieme pytanie. – Był u mnie twój chłopak, dał mi... Ała!
Trzepnęła go w tył głowy.
- Nie myśl sobie, że jak jesteś chory, to możesz czuć się bezpiecznie – burknęła.
- Dobra, dobra… Był u mnie Kennedy, dał mi jakieś coś… Ale nie wypiłem, on jest podejrzany, nie ufam mu. No co? – zawołał, bo Lilly przewróciła ostentacyjnie oczami.
- Masz to gdzieś?
- W szafce, a…
Bez słowa wyciągnęła niewielką flaszeczkę z szufladki. Była wykonana z ciemnego szkła, więc nie widziała co jest w środku. Dało się jednak słyszeć, że zawartość wciąż chlupocze.
- Przynajmniej się nie ścięło ani nie wyschło. Mam nadzieję, że nie utraciło właściwości – odkręciła buteleczkę. Jack usiłował coś powiedzieć, ale był osłabiony: Lilly chwyciła jego brodę, zbiła kciuk i palec wskazujący w policzki rozwierając szczęki, po czym bezpardonowo wlała całą ciecz w otwarte usta Blacka.
Zakrztusił się, chwilę pokaszlał, ale substancja ewidentnie wylądowała w jego przełyku. Spojrzał na nią wściekły.
- Sądzę, że nie powinnaś tak ufać temu Ślizgonowi. A jeśli właśnie mnie otrułaś?
- Jack, jesteś najmniej szkodliwym człowiekiem na ziemi. Komu chciałoby się fatygować, żeby cię zabić?
- Obrzydliwej bestii w noc Helloween – odparł, celowo przekształcając nazwę.
- Wszystko jest pod kontrolą – mruknęła Lilly, ignorując go.
- Dlaczego masz przede mną sekrety? – zapytał z wyrzutem.
- Dlatego, że jesteś półgłówkiem – oznajmiła beznamiętnie. – Możesz nie ufać Ianowi, ale mnie chyba tak, nie?
Westchnął.
- Mogę cię potrzymać za rękę? – spytał, patrząc na nią oczami szczeniaka.
- Po jaką cholerę?
- To takie romantyczne – wyszczerzył się.
Zmarszczyła brwi i dotknęła dłonią czoła.
- Boli cię? Mocno się wtedy rąbnęłaś… - zapytał natychmiastowo.
- Nie… Po prostu rozważam, czy półgłówek to nie za łagodne określenie.
*
Zima to wspaniała pora roku. Zasadniczo w porządku jest jeszcze znaczna część jesieni i krótki fragment wiosny. Lato jest do kitu.
Jedną z podstawowych zalet zimy jest to, że wstaje się jeszcze przed świtem, a zajęcia kończy się już po zachodzie. I nie ma się kontaktu z Tym Przeklętym Słońcem.
Znaczy wstaje jak wstaje. O ile ktoś w ogóle kładzie się spać.
Ian Kennedy z wielce zadowoloną miną przechadzał się pogrążonym w półmroku korytarzem na pierwszym piętrze. Nieszczelne średniowieczne okna przepuszczały późnolistopadowy ziąb, przenikający człowieka do szpiku kości. Potęgowało to ukontentowanie wampira, gdyż ani nie był człowiekiem, ani nie posiadał szpiku. Ponadto pierwsze przymrozki odczuwał jedynie jako przyjemny powiew na skórze.
- A ty co się tak szczerzysz, Kennedy? – Nigel wyrósł przed nim jak spod ziemi. Ślizgon zdziwił się, że go nie wyczuł ani nie zauważył w porę. Pewnie to przez to zauroczenie pogodą.
- Czego chcesz? – zapytał bez cienia zainteresowania.
- Informacji – odparł natychmiastowo McCallister. Uśmiech na jego twarzy jeszcze się poszerzył.
Ślizgon uniósł brwi.
- Słucham?
- Widzisz, jestem Krukonem. My jakby nie przepadamy za nierozwiązanymi sprawami i tajemnicami. No, i bardzo lubimy zagadki.
- Do rzeczy, McCallister – wsunął dłonie do kieszeni.
- Odnoszę wrażenie, że ty wiesz, co zaatakowało nas w Halloween, skąd to się wzięło i kto, bo to nie był przypadek, jest za to odpowiedzialny. Dlaczego my żyjemy i mamy się nieźle, a Jack leży w Mungu? Dlaczego akurat TY masz informacje i dlaczego akurat LILLY tak chętnie ich udzielasz? I wreszcie – oparł się o ścianę, cały czas obserwując Iana z rozbawieniem – Kim jesteś?
Kennedy prychnął z pogardą.
- A kim mam być? – spytał ironicznie.
- Cóż, na pewno nie jesteś człowiekiem – oparł z niewzruszonym spokojem.
- Skąd te podejrzenia wobec mnie? Byłeś kompletnie nieprzytomny do końca zeszłego tygodnia.
- A jeśli nie byłem?
Gdyby Ian był człowiekiem, zapewne w tym momencie wykonałby kilka pozornie nic nie znaczących ruchów, jak na przykład chwilowe spojrzenie w bok, spięcie lub rozluźnienie mięśni, podrapanie po nosie lub cokolwiek innego, opisanego w dowolnym podręczniku do psychologii. Cokolwiek, co wyrażałoby zakłopotanie. Jak już wiadomo, człowiekiem nie był, więc ograniczył się do przyjęcia identycznej jak rozmówca, wyluzowanej pozycji. Jego twarz nie wyrażała niczego. Doceniał przeciwnika. Nigel nie dość, że z Ravenclaw’u, który słynie z wyjątkowo rozumnych i cwanych uczniów, był piekielnie inteligentny. Ktoś taki, jak Kennedy łatwo mógł to określić na podstawie jakichś podstawowych zachowań, sposobu percepcji czy kultury wypowiedzi. Choć nie przebywał w jego towarzystwie ani często ani długo.
Mimo, że go przejrzał, był przekonany, że McCallister wciąż nie ujawnił pełni swoich możliwości intelektualnych, dlatego lepiej dmuchać na zimne. Pozostając z zewnątrz kompletnie niewzruszonym, jego umysł pracował gorączkowo. Nie mógł go zbyć: utwierdziłby się jedynie w przekonaniach, albo co gorsza pozwolił nabyć kolejnych. Ile mógł mu powiedzieć, żeby do odseparować, a jednocześnie zjednać?
- Powiem ci tak, McCallister: to, kim jestem, nie ma w tej kwestii najmniejszego znaczenia.
- Ależ obaj wiemy, że ma – żachnął się niby żartobliwie Krukon.
Kurczę.
- No to inaczej: nie powinno mieć dla ciebie. Przypuszczam, że ta informacja byłaby ostatnią, którą byś posiadł.
- To groźba? – Nigel był wyraźnie rozbawiony. Ian poczuł narastającą irytację.
- Nie. Ja tylko oznajmiam.
- Czyli nie zaprzeczasz, że nie jesteś człowiekiem?
Mógłby w tej chwili zastosować jedną z tych tandetnych, ale jakże skutecznych sztuczek, po których ludzie zwykle przestają mieć ochotę na drążenie w temacie, ale wiedział, że na Krukona to nie podziała. Albo inaczej: podziała, ale z odwrotnym skutkiem, niż zamierzony. Uśmiechnął się tylko arogancko.
- Nie jestem.
- To wiele wyjaśnia – pokiwał głową Nigel.
Co wyjaśnia? Podejrzewał go? A jeśli nie on jeden? Cholera… O czasu tamtego wypadku był o wiele bardziej ludzki i o wiele mniej ostrożny. Lilly domyśliła się przecież nad wyraz szybko. Pięćdziesiąt, ba!... Osiemnaście lat temu na widok krwi nie zareagowałby tak instynktownie, jak świeżo poczęty nowicjusz. Może i w innych kwestiach przez przypadek ujawnił coś, czego nie powinien?
- Skąd tyle wiesz?
- Powiem ci tak, Kennedy: to, skąd wiem, nie ma w tej kwestii najmniejszego znaczenia – wyszczerzył się Nigel.
Zaraz pokornie pozbierasz te zęby z podłogi, przemknęło przez głowę wampira.
- Słuchaj, przed chwilą uzgodniliśmy pewną kwestię dotyczącą mojej natury – mruknął znudzony – Jakoś nie wziąłeś sobie tego do serca.
- Powinienem się bać? – zachichotał Krukon.
- Powinieneś – odparł poważnie Ian.
Nigelowi mina nieco zrzedła. Najwyraźniej zrozumiał, że ma do czynienia z kimś, kto rzeczywiście jest niebezpieczny. Albo po prostu przyjął inną taktykę.
- Widzisz, Kennedy… Ja cały ten czas byłem przytomny. Znaczy – formalnie nie byłem, moje ciało nie było, ale wszystko słyszałem, a za nim to… to coś ze mnie wyszło, to i widziałem. Nie wiem dlaczego, reszta drużyny kompletnie nic nie pamięta. Niektórzy nie przypominają sobie nawet treningu – podrapał się leniwie po głowie. Minę miał jakby ta cała sprawa go wręcz nużyła – Pamiętam, jak usiłowałem zabić Lilly, potem jak Jack mnie unieruchomił. Później już tylko słyszałem. Coś się uformowało, jakieś stworzenie, Black z nim walczył, a potem usłyszałem twoje kroki i…
- Jak to: usłyszałeś moje kroki? – przerwał mu gniewnie Ian.
Krukon patrzył na niego pytająco.
- Primo, skąd wiedziałeś że to ja?
Odpowiedziało mu wzruszenie ramion.
- A bo ja wiem? Po prostu słyszę kroki i wiem, do kogo należą. A secundo? – uśmiechnął się znowu McCallister.
- Nie mogłeś… - urwał. Nie mogłeś usłyszeć moich kroków, bo są niesłyszalne dla ludzi, skąd można wnioskować, że prawdopodobnie człowiekiem nie jesteś albo nie jesteś nim po części, chciał powiedzieć. Ale postanowił tymczasowo zachować to dla siebie. – Nieważne. Nie ma secundo, rozmyśliłem się.
Nigel uniósł brwi.
- W każdym bądź razie słyszałem jak pobiegłeś, a potem bestia gdzieś zniknęła. Byłeś tylko ty, podobno kompletnie oszołomiony i roztrzęsiony. – prychnął sarkastycznie.
- A ty byś nie był? Gdybyś widział to coś… - mruknął z aroganckim uśmiechem wampir.
- Przecież jasne jest chyba, że udawałeś – dał się nabrać Nigel – A później słyszałem twoją rozmowę z Lilly, jej rozmowę z przedstawicielem Ministerstwa, powęszyłem trochę i mam względnie spójną całość, aczkolwiek wybrakowaną i bardzo oględną.
- Po co się w to mieszasz?
- Bo mi się nudzi! – oznajmił szczerze Krukon.
- Skoro robisz to z nudów, to sam do tego dojdź. Rozmowa ze mną jest dla ciebie jak zaglądanie do odpowiedzi przed rozwiązaniem równania, człowieku.
- Z lubością to podkreślasz, co? – sarknął Nigel. – Potrzebuję tylko maleńkiej podpowiedzi. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, pytanie do publiczności, telefon do znajomego nieludzia… No?
- A – dywersja opozycji, b – eksperyment genetyczny, c – prima aprilis, d – zachowaj dla siebie lub zginiesz, znacz błędną odpowiedź.
Nigel roześmiał się.
- Dzięki, nie spodziewałem się…
Ian zniknął. Tak po prostu rozpłynął się w cieniu.



Uwaga, skasowała mi się księga gości, zostały cztery wpisy. Jeśli ktoś jeszcze czyta tego bloga i zastanawia się why the hell nikt mu o niczym nie mówi, prawdopodobnie został oficjalnie wydymany przez błąd systemu. Jeśli jakiś przypadkowy poszukiwacz przygód ma ochotę na dalszy ciąg, również jest proszony o testament w owej księdze. amen.
Eksperymentalna

komentarze [10]

22. zimne stopy.
piątek, 23 października 2009

stwierdziłam, że lepiej się czyta jak jest w miarę krótko.

tam jest pewien fragment z dupy, specjalnie z dupy, bo z dupy nie jest, ziąąą.




Było już dobrze po północy, gdzieś w okolicy pory, o której nikt zdrowy na ciele lub umyśle, nie funkcjonuje.
Lilly brakowało obydwu tych cech.
Upewniwszy się, że pani Ketts przestała grasować, a reszta poszkodowanych w dziwacznym incydencie oddycha spokojnie i miarowo, powoli uniosła się z łóżka. Czaszka zapulsowała tępym bólem, podobnie jak całe mnóstwo innych części jej szkieletu. Skrzywiła się, stając bosymi stopami na zimnym marmurze posadzki. Nagle ciemne wnętrze szpitalnej salki zawirowało jej szaleńczo przed oczami, oparła dłoń o ścianę, żeby nie upaść. Wzięła głęboki wdech. Łóżka i szafki stały już w miarę stabilnie w jej obrazie. Spojrzała w dół. Miała na sobie pidżamę, zapewne przytransportowaną magicznie z jej dormitorium. Znając Hogwart, jej zakrwawione i uświnione kurzem ubrania leżały już uprane w wieży Gryffindoru. Westchnęła ciężko. I tak musiała się tam dowlec, żeby zrobić to, co zamierzała. Trudno. Kurde, jak boli…
Jedynym dźwiękiem, jaki towarzyszył jej przy wydostawaniu się ze Skrzydła Szpitalnego, było ciche ciamkanie bosych stóp na kamiennej podłodze. Nie spotkała też po drodze nikogo ani niczego, oprócz ścigających się myszy i rozgmeranego srebrnego księżycowego światła. Wyjątkowa sprawa jak na angielski listopad.
Wyszła z ostatniego korytarza Skrzydła i skręciła w kolejny, prowadzący w stronę zachodniej części zamku. W jednej chwili zamarła, nasłuchując. Co…
- Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów, panno Potter! – rozległ się stanowczy głos za jej plecami, spotęgowany przez wyborną akustykę starych murów.
Odruchowo się spięła, naciągnięte mięśniami obolałe kości zakuły abstrakcyjnymi igiełkami, zachwiała się. Czyjeś silne ręce objęły ją od tyłu i przyciągnęły do płaskiego torsu, ratując dziewczynę przez upadkiem. Kątem oka dostrzegła osuwającą się jej na ramię szarą grzywę. Niewiele myśląc zrobiła gwałtowny, mocny ruch w tył lewym łokciem, celując prosto w podbrzusze chłopaka. Wygiął się i jęknął z udawanym bólem.
- Silna jesteś jak na takie chucherko – zachichotał.
- A ty jesteś wyjątkowym kretynem jak na idiotę – warknęła – Puść mnie.
Ian podniósł ją jakby nic nie ważyła, lewą rękę wsunął pod jej kolana, a prawą przełożył pod łopatkami. Przyciśnięte do jego piersi zombie bynajmniej nie wyglądało jednak jak królewna z bajki, którą każdy chciałby nieść na rękach. A zamiast szafirowych oczu spoglądających nań nieśmiało spod kurtyny rzęs, żółte właśnie próbowały unicestwić go spojrzeniem. Westchnął.
- Przestraszyłem cię – oznajmił z nieukrywaną dumą – Przestraszyłem beznamiętną Lilly Potter!
- Nie przestraszyłeś. Zaskoczyłeś – burknęła.
- Jasne jasne – uśmiechnął się ironicznie – Możesz to sobie tak tłumaczyć.
- Postaw mnie na ziemi.
- Nie.
- Postaw mnie na ziemi – powtórzyła bez emocji.
- Nie.
Po pół godzinie:
- Postaw mnie na ziemi.
- Nie.
- Postaw mnie na ziemi.
- Nie, masz bose stopy, a to jest średniowieczny zamek. Przeziębisz się, kobieto.
- Co ty się tak nagle mną przejmujesz? Puść mnie, mam sprawę do załatwienia.
- Nie pozwolę ci lecieć świstoklikiem albo za pomocą Fiuu po niedawnym wstrząśnieniu mózgu, zwariowałaś? – prychnął.
- Skąd wiesz?
- Umiem czytać w myślach – oznajmił poważnie.
- Nie ściemniaj – warknęła Lilly.
Ian uśmiechnął się znowu.
- Lilly, ty… Jesteś bardzo trudna do zrozumienia i odczytania, ale pomimo tej twojej niby niedostępności, łatwo przewidzieć twoje zamierzenia, jeśli chodzi o przyjaciół. Wiedziałem, że będziesz chciała lecieć do Blacka i między innymi dlatego wpadłem na ciebie przypadkiem w gigantycznym zamczysku o trzeciej w nocy.
- Muszę zobaczyć, co z Jackiem – powiedziała.
- W porządku z nim. To coś, co wylazło z tych Krukonów, rozharatało mu plecy, stracił sporo krwi i wylądował dlatego w Mungu. Skrzydło Szpitalne nie ma banku krwi. Czuje się już nieźle i kazał mi przekazać, żebyś się nie martwiła.
- Byłeś tam? – Lilly szczerze się zdziwiła. Jej beznamiętny wyraz twarzy zmienił się o tyle, że oczy rozwarły się o milimetr szerzej.
- Tak, bo widzisz… - urwał. Potter trzęsła się jak osika w jego ramionach. – Nie musisz się mnie bać – powiedział ironicznie.
Na beznamiętną twarz Lilly wpełzł ostry grymas irytacji.
- Zaprawdę, jak cię pieprznę zaraz…
- Rozumiem, że przytulanie się do mnie niezbyt cię grzeje? – odpowiedział lekko na groźbę i posadził ją na marmurowym parapecie gigantycznego gotyckiego okna. Jednym ruchem ściągnął z siebie szatę i owinął drżące chucherko płachtą czarnego materiału.
- Czy mogę wiedzieć, co ci odbiło? – spytała, ochoczo wtulając się w tkaninę.
- Odbiło? – szczerze zdziwił się Ian. Mimo to z jego twarzy nie znikał typowy, ironiczny uśmiech.
Oparł się dłońmi o parapet po obu stronach jej podkulonych pod brodę nóg. Pochylił nieco głowę tak, że szara włosy zasłoniły mu oczy, pogrążając w cieniu resztę twarzy za wyjątkiem ust.
- Słuchaj i nie przerywaj – zaczął – To stworzenie bynajmniej nie było żadnym ze stworzeń, o jakich wiadomo czarodziejom. Myślę, że mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju mutanta, na pewno nie naturalnego. Co oznacza, że nie był to przypadek zabłąkanej magicznego kreatury z Zakazanego Lasu.
- Jak to mieliśmy? – mruknęła Lilly – Byłeś tam?
- Tak – z jego twarzy znikł uśmiech – Ty leżałaś już nieprzytomna, a Black widział mnie jeszcze, ale po chwili sam zemdlał z upływu krwi.
Zamilkł. Wciąż nie widziała jego oczu, tylko zaciśnięte usta. Mimo to zrozumiała.
- Czy ty przepraszam obwiniasz się za to, co się stało? – warknęła. Spojrzał na nią zdumiony.
- Tak, biorąc pod uwagę fakt, że jedyny w tym przybytku mogłem sobie z tym naprawdę poradzić, że mogłem to wyczuć o wiele wcześniej nim się pojawiło i mogłem przybyć, zanim… Tak – powtórzył. Jego głos był równie zimny jak skóra.
- To bardzo ludzkie, wiesz? – szepnęła bez emocji.
- Wiem – uśmiechnął się smutno – Ostatnio z pewnych, hm… względów jestem bardziej ludzki niż przewidują wszelkie dopuszczalne normy. Co nie zmienia…
Lilly znienacka uderzyła go otwartą dłonią w czoło.
- Ludzkie i bardzo, bardzo głupie – w jej głosie znowu pobrzmiała irytacja – Myślałam, że wampiry to zimne, opanowane istoty, potężne na tyle, by nie przejmować się jakąś garstką słabych śmiertelników.
- A ja myślę, że nie powinnaś tyle myśleć – mruknął – No, i nie uogólniać.
Prychnęła.
- Jack cię widział?
- Przecież powiedziałem.
- Ale czy widział… Coś, czego nie powinien.
- Nie. Nie, nie zdążył. Jak mówiłem, stracił przytomność. Kiedy to stworzenie zobaczyło, że nie jestem człowiekiem, wyskoczyło przez okno i pobiegło do lasu. Pobrałem próbkę śliny, zobaczymy, co to…
- Jesteś w stanie zbadać skład genetyczny śliny? – gdyby Lilly była w stanie wydzielać emocje, w jej głosie pewnie zabrzmiałby podziw.
- Lilly, żyję już trochę czasu… Starałem się go spożytkować – przejechał dłonią po twarzy jakby był zmęczony – Rzecz w tym, że… Rany Blacka się nie goją.
- Jak to?
- Magiczna medycyna umożliwia wyleczenie ran ciętych lub ugryzień w przeciągu paru godzin, minęły już ponad dwie doby, nic…
- Mój dziadek miał coś podobnego – mówiła z takim spokojem, jakby poważny stan przyjaciela nie robił na niej wrażenia – Ukąsił go wąż Voldemorta. Podobno jakiś niezwykły jad, nie pozwalający zabliźnić się ranom. Założyli mu normalne mugolskie szwy i się zagoiło.
- Nagini? – mruknął, podnosząc wzrok do sufitu, jakby sobie coś przypominał. Miał potworne sińce pod oczami, porównywalnej jakości z sińcami Lilly – Nagini należała go zupełnie oddzielnego gatunku węży, była ostatnim okazem. Ich ciekawą cechą było to, że za nic w świecie nie można było ich klonować, samo pobranie materiału genetycznego było niemożliwe. Natychmiastowy rozpad cząsteczek. Nie dało się ich nawet sztucznie rozmnożyć, ba, nawet oswoić. Wyginęły. Jej cechy nie mogły być użyte w jakiejś operacji mutacyjnej. Obawiam się, że to coś bardziej trywialnego.
- Czyli co? Zaraz, skąd znasz tak dobrze Nagini?
Uśmiechnął się ponownie.
- Tom dostał ją w prezencie… Ode mnie.
- Cieszę się, że ja dostałam kota siejącego mrok i zniszczenie, a nie gigantycznego węża-ludojada – Potter wydawała się być bardziej poruszona (o ile można było tak powiedzieć o Lilly) samym prezentem niż tym, kto komu i kiedy go ofiarował.
- To było przed tym, zanim sfiksował. Chodził do o rok młodszej klasy i był… Naprawdę niesamowity. Genialny, jak na człowieka. Pomijając wyniki w nauce, posiadał wiele nadludzkich, nieprzeciętnych zdolności, był strasznie inteligentny i cwany. No, i miał niezłe zdolności aktorskie. Przede mną nie był jednak w stanie nic ukryć, co go mocno wkurzało. Chciał się ze mną skumplować, żeby poznać mój sekret, ale ja byłem wtedy o wiele mądrzejszy niż teraz – zachichotał – Nasze relacje nigdy nie przekroczyły progu zwanego „przyjaźnią”, było to zawsze coś niżej… Cóż, ja byłem wampirem, on porzuconym, okaleczonym psychicznie dzieckiem. Nie umieliśmy do siebie dotrzeć. W każdym bądź razie kiedyś zwierzył mi się, że chciałby dokonać niemożliwego, więc w żartach dałem mu na Gwiazdkę właśnie Nagini, mówiąc, żeby ją oswoił. No cóż… - umilkł na chwilę, po czym wrócił do swojej chłodnej opowieści, wpatrzony w jakiś punkt za szybą – Oswoił. I była z nim do końca.
Milczeli przez chwilę. Lilly kilkakrotnie otwierała i zamykała usta, by wreszcie zdobyć się na ledwie dosłyszalny szept:
- Byłeś… Po jego stronie?
Spojrzał jej w oczy. Jego szarozielone tęczówki po brzegach jarzyły się cienkimi nitkami szkarłatu.
- Nie byłem po niczyjej stronie, to nie mój konflikt. Nie nasz. To mit, że do Toma dołączyły wampiry, chyba, że jakieś pojedyncze słabsze jednostki. Nie chodzi o to, że uważam, iż dobrze robił. Sądzę jedynie, że to, czym się stał, kim był, jak wyglądało jego życie, jak kształtowały się jego poglądy… Zawdzięczał tylko tym, którzy potem go zniszczyli. To rasa ludzka stworzyła Voldemorta. Wasze… Ich okrucieństwo, bezwzględność i totalna ignorancja. No, ale ja mogę być trochę uprzedzony – dokończył z lekkim rozbawieniem, jakby chcąc rozluźnić atmosferę.
Ze strony Gryfonki odpowiedziała mu tylko cisza.
- Dlatego nie sądzę, żeby to było pokrewieństwo z Nagini. Myślę, że po części może być za to odpowiedzialna zwyczajna hirudyna.
Lilly uniosła brwi.
- Hirudyna to białko zmniejszające krzepliwość krwi – wyjaśnił. - Wydzielają je pijawki… No i wampiry.
- Sugerujesz, że to stworzenie ma w sobie wampirze cechy? – Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- A w związku tym ktoś, kto je stworzył, a raczej grupa istot, bo takowej należy się spodziewać, musi mieć w składzie jakichś przedstawicieli mojej rasy. Pytanie brzmi: kto jest na tyle głupi, lub zdesperowany, by zadawać się z ludźmi.
- Skąd wiesz, że…
- Lilly, bez urazy, tylko ludzie mają w sobie tyle okrucieństwa i pomysłowości. Bądź co bądź, jesteście jedynymi stworzeniami, które zaczęły jako roślinożercy, by skończyć na jedzeniu tuczonych hormonami kurczaków.
- Fakt – pokiwała ze zrozumieniem głową.
- Tak więc dowiem się, o co chodzi w tym zamieszaniu i je zniweluję – oznajmił poważnie – Znajdę też lekarstwo dla Blacka, w porządku – dodał szybko, widząc, że otwiera usta – Ale muszę cię o coś prosić.
- Wal, brachu – mruknęła beznamiętnie.
- Lilly, czy mogłabyś nie mieszać się do tego w żadnym, najmniejszym nawet stopniu?
Wyciągnęła jedną rękę spod jego szaty i podrapała się z namysłem po głowie.
- No nie wiem, ja tak lubię nadstawiać karku, mieszać się z nieswoje sprawy i węszyć tam, gdzie nie powinnam…
- Masz na nazwisko Potter. Mówię to tak tylko zapobiegawczo – uśmiechnął się niesymetrycznie jak zwykle.
Lilly nagle, nie zdając sobie z tego z prawy, zadziałała jakby pod wpływem impulsu: wysunęła drugą rękę spod okrywającej ją płachty i obiema dłońmi objęła zaskoczoną twarz Iana, wplatając chude, białe palce w jego jasnoszare włosy. Kompletnie oszołomiony, na początku nawet nie drgnął. Utkwił stalowe spojrzenie w rozmigotanych oczach Lilly, który nie miała bladego pojęcia, co właściwie wyprawia. Powoli uniósł dłoń i zimnymi palcami dotknął jej dłoni.
Lilly momentalnie oderwała ręce od jego głowy i ściągnęła ku sobie, przerażona całym zajściem. Ewidentny przestrach na jej twarzy utrzymał się zaledwie przez chwilę, by spełznąć zaraz i nie pozostawić po sobie nawet krztyny emocji. Znowu podniosła na niego wzrok, tym razem beznamiętny jak zwykle i wymamrotała:
- Przepraszam.
- Nie ma za co – odparł, usiłując przywołać swój zwykły, lekko arogancki uśmiech. Stalowe oczy pozostały jednak dziwnie nieobecne. Nagle zamarł, nasłuchując.
- Ktoś idzie – oznajmił. – Middletown.
Zupełnie znienacka wyszczerzył się uradowany jak pięciolatek, który otrzymał swój pierwszy zdalnie sterowany samochód.
- Pokazać ci coś? – zapytał i nim Lilly zdążyła zareagować, lekkim ruchem wziął ją na ręce – Zamknij oczy.
- Jak chcesz mi cokolwiek pokazać, kiedy będę miała zamknięte oczy?
Nie odpowiedział, wyraźnie nie było czasu na dyskusje. Niezbyt delikatnie wcisnął jej głowę w zgięcie pomiędzy ramieniem a obojczykiem. Chcąc nie chcąc musiała opuścić powieki, by jej spojówki nie zapoznały się bliżej z bawełną jego koszuli. Ledwie wyczuła napięcie mięśni chłopaka, ruch poznała raczej po tym, że kosmyki jej włosów gwałtownie zmieniły położenie. Oderwała twarz od jego ciała i raptownie zaczerpnęła powietrza. Zakrztusiła się śliną – byli pod drzwiami szpitalnej salki.
Spojrzała na wampira sceptycznie.
- Co się tak rżysz? – spytała. – Myślałam, że tu się da teleportować. Zburzyłeś moje pojęcie o świecie.
- Nie teleportowałem się, za kogo ty mnie masz! – fuknął. – Płynęliśmy w cieniu.
- Co? – prychnęła.
- Przemieściliśmy się, zdematerializowaliśmy i zmaterializowaliśmy… Nie wiem, nazwij to jak chcesz – odparł, wzruszając ramionami. – Ketts właśnie się budzi. Lepiej się pospiesz.
- To postaw mnie na ziemi.
- Ok. – mruknął, żartobliwie udając żal. Oceniła kontakt bosych stóp z podłogą na wysoce nieprzyjemny.
- Pomóż Jackowi – bardziej stwierdziła niż poprosiła, oddając mu szatę.
- „Wstrzymaj krwawienie człowiekowi” – rzekł głosem ociekającym ironią – Zwykle robię odwrotnie.
Po czym zniknął w cieniu.

Eksperymentalna

komentarze [10]

21. kiedy gówno wpadnie w wentylator, schowaj się.
wtorek, 22 września 2009



na wstępie przepraszam za tytuł, nie mogłam się powstrzymać. swoją drogą jest bardzo głęboki, dołączy do listy moich "cytatów prowadzących przez życie.


cz. 2 fragmentu dwudziestego. zapraszam, po prawej mamy spis treści.







Lilly siedziała w kucki na parapecie, patrząc bez emocji gdzieś ponad koronami drzew Zakazanego Lasu. Ogromny księżyc wyłonił się właśnie zza szarych nimbostratusów. Pełnia. Pan Kracy doskoczył do dziewczyny i zwinął się w kłębek koło jej nogi. Zacznie rozrabiać o północy, jak zwykle podczas pełni. Prawdziwy Sługa Mroku.
Wyciągnęła rękę. Księżyc był taki piękny. Chciała go dosięgnąć, ale jej palce napotkały tylko zimną taflę szkła. Ocknęła się jakby z transu.
- Rany. Żarcie – mruknęła.
Zanim pan Kracy zdążył miauknąć, już jej nie było w dormitorium.
Zeszła z wieży Gryffindoru, minęła wejście do domu Ravenclawu i podążyła dalej korytarzem. Skręciła w lewo i zatrzymała się u szczytu schodów. Dwadzieścia stopni niżej stał bowiem Nigel, ubrany w szatę do Quidditcha. Wyglądał co najmniej dziwnie. Pewnie dlatego, że na jego twarzy nie było wyluzowanego uśmiechu, jak zawsze przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Na twarzy Krukona nie było żadnego wyrazu. Nawet z daleka biła pustka jego oczu. Ręce nie tkwiły jak zwykle w kieszeniach, ale zwisały bezwładnie po obu stronach przygarbionego ciała.
Lilly odczekała chwilę na jakiś błyskotliwy tekst, który chłopak miał w zwyczaju rzucać na powitanie, ale nie doczekała się. Zamiast zabawnej frazy Krukon… rzucił się na nią.
Nie pytajcie, kto jest w stanie przeskoczyć siedem metrów torem ukośnym. On był. Nim Potter zdążyła zareagować, leżała przegnieciona po podłogi pomiędzy kolanami Nigela. Zielone oczy… Były czerwone. Zabarwione obłędem, szaleństwem i dziką radością, przedzierającymi się przez rażącą martwotę. Po brodzie ściekała mu strużka śliny. Zęby miał nienaturalnie długie i ostre.
Momentalnie otrząsnęła się z szoku, wróciła jej zwykła przytomność umysłu. Jedyna cecha, z której była zadowolona. Uniosła z impetem nogę i kolanem walnęła napastnika w kręgosłup. Zaskoczony, rozkojarzył się na chwilę, którą Potter wykorzystała na błyskawiczne wyciągnięcie różdżki z kieszeni. Nigel wydał z siebie przeraźliwy skrzek i rzucił się z zębami w okolice jej czoła, gdy nagle zawył i odskoczył w tył, plując i złorzecząc nieartykułowanymi dźwiękami.
Lilly dźgnęła go drzewcem w oko.
Krukon uspokoił się i odwrócił się w jej stronę, dysząc i obnażając kły. Lewe oko miał zaczerwienione. Wyraźnie spiął się w sobie, jakby chcąc znowu zaatakować. Lilly wstała z ziemi, trzymając różdżkę w pogotowiu.
- Wybacz, Nigel… DRĘTWOTA! – krzyknęła dokładnie w chwili, gdy McCallister skoczył na nią, rozjuszony. Strumień czerwonego światła minął go o włos.
Chwycił ją jedną ręką za gardło i uniósł do góry. Poczuła jak szpony wycinają podłużne bruzdy w jej skórze. Zaczęła się dusić. Chude dłonie zacisnęły się na przegubie Krukona, reszta ciała wierzgała się, rozpaczliwie próbując się oswobodzić. Jej noga nagle spotkała się dość blisko z jego podbrzuszem, Nigel zaskrzeczał wściekle i rzucił nią jak szmacianą lalką w dół schodów. Lilly odruchowo zwinęła się, chcąc upaść z jak najmniej zgubnym dla niej skutkiem i prawdopodobnie skończyłoby się na dość porządnym potłuczeniu mięśni, gdyby nie jedna z wielu przeklętych zbroi. Kość ciemieniowa Lilly gwałtownie zapoznała się z cokołem postumentu. Dziewczyna poczuła, jak ogarnia ją wszechogarniający ból i ciemność. Nie, nie może teraz stracić przytomności. Resztkami sił próbowała skupić wzrok na oddalającym się coraz bardziej świecie. Mrok dookoła niej rozjaśnił się nieco, dostrzegła jak Nigel jednym susem pokonuje schody, jak jego kłapiące zębiska zbliżają się… To koniec. Koniec… Otrzeźwiło ją czerwone światło, które uderzyło z całą swoją mocą w ciało Krukona, które znieruchomiało na ziemi tuż obok jej nóg.
- Jack! Co ty mu zrobić!? – krzyknęła Jalil, podbiegając do porażonego zaklęciem chłopaka.
- Daj spokój, Jal! Jeśli nic mu nie będzie od tego zombiactwa, to tym bardziej od Drętwoty – zawołał Black, pojawiając się przy Lilly – To najlepsze, co mogłem zrobić. Żyjesz, Lilka?
Potter podniosła na niego żółte oczy. Ten debil pojawiał się zawsze w najbardziej odpowiednim momencie i zadawał najmniej inteligentne pytania.
- Kocham cię… - wyszeptała półprzytomnie. Jack popatrzył na nią z przerażeniem.
- Kurde, Jal, chyba ma wstrząśnienie mózgu. Bredzi jakieś głupoty!
- Trzeba ich zabrać do Skrzydła Szpitalnego… JACK, UWAŻAĆ! – wrzasnęła Arabka.
Black odwrócił się w ostatniej chwili, szponiasta ręka bramkarza Ravenclawu minęła go o włos. Gryfon odepchnął go kopnięciem. Krukon wylądował na plecach, momentalnie podźwignął się i ruszył z wrzaskiem na Jacka, tak szybko, że ten nie miał czasu zareagować. Zawodnik zacisnął grabie na ramionach czarnowłosego i z dziką radością usiłował wbić zęby w jego szyję. Nie zdążył.
- Drętwota!
Bramkarz znieruchomiał. Jack wyczołgał się spod zdrętwiałego ciała. Minę miał co najmniej zdziwioną.
- Nie powinnaś być nieprzytomna? – zapytał.
Lilly podpierała się na lewym łokciu, prawa ręką celowała różdżką w miejsce, gdzie przed chwilą był opętany chłopak. Dyszała ciężko. Z szyi i czoła spływały jej strużki krwi.
- Zamknij się – mruknęła.
- Aach! – krzyknęła Jalil.
Oboje spojrzeli w jej stronę. Szyja Nigela kotłowała się jak wrząca zupa ogórkowa. Falowanie poruszyło się spod jabłka Adama w górę, jakby pełzło. Szczęka Krukona rozwarła się gwałtownie, z otwartych ust wyskoczyła…
Głowa.
Maleńka czarna główka potoczyła się po posadzce, zaczęła wibrować. Z ucha bramkarza wyskoczył inny czarny kształt i poturlał się w stronę główki. Po chwili zza rogu przytoczyło się jeszcze pięć czarnych kształtów. Komiczny widok, skądinąd.
- Co to, do… - tu Lilly użyła mało dziewczęcego pojęcia opisującego niedolę kobiety wykonującej jeden z najstarszych zawodów świata (bowiem prostytutka to nie jest wcale najstarszy zawód świata. Najstarszym zawodem świata jest ogrodnik. Adam był ogrodnikiem <- przyp. autor.).
Tymczasem wyglądające na pomniejszone i zwęglone narządy uniosły się do góry i otoczyły kulą czerwonawego blasku. Zaczęły krążyć wokół siebie, przesuwać, przyłączać i przestawiać. Utworzona groteskowa forma zafalowała, pęcznieć, rozrastać się. Nagle nastąpił niewielki wybuch i z kłębów śmierdzącego dymu wyłoniła się…
W sumie nie wiadomo co to było.
Stworzenie miało niewątpliwie cechy kobiecej sylwetki, a raczej kobiecego szkieletu obleczonego czarną, pomarszczoną skórą. Wszystkie stawy były nienaturalnie uwypuklone i powiększone, paznokcie u rąk i nóg przypominały krogulcze szpony. W okolicy żeber, tuz pod obwisłymi piersiami, kreatura miała długie szpary na kształt skrzeli. Podobne, tylko pionowe, zastępowały jej nos. Ust nie było. Twarz, o ile można to nazwać twarzą – rozcięta była u dołu, prezentując dwa rzędy długich, potwornie ostrych zębisk, wyszczerzonych w szatańskim uśmiechu. Zza pasm czegoś w rodzaju tłustych włosów wystawały ślepia, kształtem i kolorem przypominające bilardowe kule ósemki. Te, po wbiciu których następuje koniec gry.
Lilly, czując, że stworzenie bynajmniej nie pójdzie sobie w pokoju, próbowała wstać i ustawić się w bojowej gotowości. Udało się jej w miarę stabilnie stać na nogach przez ułamek sekundy, lecz zaraz kolana się pod nią ugięły i osunęła się na ziemię, pozbawiona przytomności. Jack zaklął.
- Jal, spróbuję odciągnąć to coś od was, ty zajmij się Lilly i resztą! – zawołał i zanim Jalil zdążyła cokolwiek powiedzieć, rzucił się biegiem za róg korytarza.
Jak przypuszczał, bestia ruszyła za nim w pogoń. Nie mógł jednak przewidzieć jej szybkości. Poczuł, jak ogromne szpony rozdzierają mu skórę na plecach. Krzyknął, zamroczony bólem upadł na ziemię. Czuł, jak strugi krwi rozlewają mu się pod koszulą. Przetoczył się na bok, w miejsce w którym był przed chwilą pazury rozłupują marmur podłogi.
- DRĘTWOTA! – ryknął, celując różdżką między oczy stworzenia. Strumień czerwonego światła odbił się jak od lustra, rozjuszona bestia ruszyła na niego, kłapiąc zębami. Powoli, oblizując się, bez zbędnego pośpiechu. Jak nakazują dobre maniery przed posiłkiem.
- Drętwota! Impedimento! Drętwota! Cholera! – Jack miotał zaklęciami w zbliżającą się coraz bardziej bestię. Bez skutku.
- Drętwota!
Czuł, że ogarnia go dziwne znużenie. Ile krwi stracił? Jak głębokie były te rany? Pazury, które rozorały mu plecy, rozwaliły przed chwilą kamienną posadzkę. Na stworzenie nie działały żadne zaklęcia. Cholera…
Dźwignął się ciężko. Kreatura dziwacznie zachichotała. Ścisnął mocniej różdżkę i, jakby widząc tym ostatnią deskę ratunku dla siebie, pochylił się i z biegu przywalił stworzeniu głową w brzuch.
Zaskoczoną bestię odrzuciło do tyłu, podskokiem znalazła się znowu na nogach i rzuciła się z wściekłością na klęczącego przed nią Blacka. Była tuż przy nim, czuł na sobie jej śmierdzący oddech, gdy nagle coś odrzuciło ją daleko w bok.
Przed nim stał Ian Kennedy, w pozycji jakby przed chwilą jedną ręką odrzucił potężne cielsko stworzenia. Minę miał co najmniej dziwną, a jego oczy… Jego oczy lśniły czerwienią.
- Cokolwiek teraz zobaczysz, Black… Weź to na karb zamroczenia spowodowanego utratą dużej ilości krwi – powiedział cicho Ślizgon.
Ale Jack nie zobaczył już nic. Runął nieprzytomny na posadzkę, prosto w kałużę czerwonej cieczy, należącej niewątpliwie do niego samego. Ian wypuścił głośno powietrze z ust, oblizując się chciwie. Machnął różdżką jakby z rezygnacją, a kilkanaście bandaży owinęło się wokół ciała Gryfona, tworząc tymczasowy opatrunek. W tej samej chwili bestia podskokiem znalazła się na nogach i ryknęła przeciągle, prezentując niebotyczną ilość ostrych kłów. Stanęła w gotowości do ataku i warcząc wściekle, wbiła czujny wzrok w Kennedy’ego.
Wampir schował różdżkę do tylnej kieszeni i odwzajemnił spojrzenie. Czerwone oczy zrobiły się wręcz karminowe, krwiste… Obnażył zęby. Kły wysunęły się błyskawicznie. Oprócz tego nie wykonał żadnego ruchu, nie wydał z siebie żadnego dźwięku, nic.
Nic, co mogło by powiedzieć potencjalnemu świadkowi, dlaczego nagle przerażona kreatura uderzyła cielskiem w szybę, rozbijając ją na drobne kawałeczki, opadła kilka pięter w dół i pobiegła jak szalona po błoniach w stronę Zakazanego Lasu. Ian zaklął. Jego zęby zmalały, a oczom wrócił normalny kolor – w samą porę, bo usłyszał, że za rogiem przybiegli już zdyszani nauczyciele. Szybko podszedł pod rozbite okno. Jak przypuszczał, na posadzce wśród odłamków szkła błyszczała ślina zwierzęcia. Uśmiechnął się do siebie w duchu.




hate zmierzch. nic wspólnego nie ma.

wbijać do O nich. fajnie jest.

cheers.
Eksperymentalna

komentarze [15]

20. Mózg jest smaczny i pożywny.
sobota, 5 września 2009

Tak na powrót do szkoły. Bo szkoła fajna jest. I smaczne obiadki są w szkole.




zmieniłam pierwszą piosenkę w playliście. nie jest idealna, ale pasuje do całości opowiadania i ma rytm odpowiedni to tej i następnej części.


- Kurczę, czy mi się dobrze wydawało, czy widziałem wczoraj Jacka, który wyrażał emocje co najmniej negatywne? – zapytał Nigel, przeciągając się.
Jalil wzdrygnęła się jakby wyrwana z transu.
- Co? – jej głos brzmiał nieprzytomnie.
- No na obiedzie. Jakoś strasznie się nagle zbulwersował.
Ahmad spuściła wzrok.
- Nie wiem, nie było mnie na obiedzie – powiedziała cicho.
- Hm? Dlaczego nie? Znowu się odchudzasz? Jal, sto razy ci mówiłem, nie można NIE JEŚĆ. Obiad to bardzo ważny posiłek – perorował z miną znawcy - Można co najwyżej ograniczyć słodycze, co wy tam jecie… Chałwę, na przykład! – zakończył dumny z siebie.
- Chałwa jest turecki – mruknęła.
Nigel uśmiechnął się w swój niepowtarzalny, wyluzowany sposób.
- Jalil, w ogóle to ty nie potrzebujesz odchudzania ani nic takiego. I tak jesteś najśliczniejsza na świecie! – powiedział ciepło i objął ją w talii.
Dziewczyna zadrżała i nerwowo odsunęła się. Nigel spojrzał na nią zdziwiony. Arabka poróżowiała na twarzy, wymamrotała coś bełkotliwie, pożegnała się i zwiała pod pretekstem pośpiechu na lekcje. McCallister patrzył za nią aż nie zniknęła za rogiem.
„Powiedziałem coś nie tak?”, pomyślał. „Kobiety…”
*
Jack siedział na lekcji wyjątkowo niespokojnie. Zawsze trudno było mu usiedzieć w jednej pozycji przez pięć sekund, ale dziś jego nadpobudliwość miała podłoże ewidentnie nerwowe. Co gorsza wiedział, dlaczego. Poprzedniego dnia zachował się jak koszmarny dupek. Jego wybuch zdziwił jego samego. To.. to było takie… niejackowe.
Jeszcze gorzej było mu na myśl o tym, co powiedziała mu oddziałowa. Potter naprawdę się przejmowała, myślała… Współczuła. Pojawiło się w niej coś, co próbował wskrzesić przez tyle czasu i nagle wszystko spieprzył. Przez jakąś burzę hormonalną czy inne nie-wiadomo-co. Szlag go trafiał. Już nawet nie chodziło o to, że Lilly pewnie zrobiło się przykro. Znaczy też, oczywiście… Ale załamywał go fakt, że on, Jack, nie był w stanie pogodzić się myślą o nie byciu SAMYM w swoim problemie. Nie mógł dać sobie rady wiedząc, że był ktoś, kto pomimo swojej niemożności wyrażania myśli, wysyłałby podskórnie odczuwalne fale współczucia i pocieszenia, ciepła, bycia blisko. A już na pewno nie spodziewał się tego po Lilly. Łudził się jeszcze nadzieją, że ją przeprosi, jakoś udobrucha i będzie tak jak przedtem. Łudził się do chwili, gdy Potter weszła do klasy.
Jak zwykle w połowie lekcji rozległo się pukanie do drzwi, a potem do sali wparowała Lilly. Nauczycielka spojrzała tylko na nią znudzonym wzrokiem, coś tam powiedziała i kazała dziewczynie usiąść. Pewnie bardziej by się zdziwiła, gdyby się nie spóźniła.
Jack wzdrygnął się. Lilly wyglądała jak…
Jak jeszcze nigdy strasznie.
*
- Lilia, ja chciała tobie powiedzieć… Ty miała rację. Ja chyba trochę… Ale ja kocha Nigela. I nie zrobię nic głupiego, naprawdę – Jalil mówiła, patrząc jak Lilly próbuje zdematerializować się w cieniu.
- Luz – mruknęła nawet na nią nie patrząc. Głos miała pusty – To ja niepotrzebnie się odzywałam.
Ahmad gwałtownie pokręciła głową.
- Nie, Lilia, dobrze, że ty mi powiedzieć tak ostro. Ja… Ja się chyba za bardzo za… za… zapędzić – zrobiła minę jakby była zdziwiona, że zna takie słowo – Ale ja nigdy nie zdradzi Nigela! – zawołała płaczliwie.
- Wiem – Potter spojrzała na nią martwymi oczyma – Wybacz.
Jalil uśmiechnęła się. Dobrze, że drobne sprzeczki szybko się kończą. Aczkolwiek sprzeczka z Lilly to coś, co nie zdarza się zbyt często.
I o ile w ogóle można to nazwać sprzeczką.
- Wiesz Lilia… - oparła się o ścianę – Zastanawia się, czy ja już nie powinnam zacząć nosić na stałe chusta na włosach.
- Powinnaś – odparła Lilly i ruszyła w stronę Ciemnej Strony Mocy, zostawiając skonsternowaną Jalil w połowie korytarza na czwartym piętrze.
*
Jack zjechał po barierce, wywołując ogólne zainteresowanie. Nigdy nie mógł spamiętać położenia znikających stopni-pułapek, wolał zwyczajnie przyskakiwać lub przebywać drogę po schodach sposób inny niż pieszo. Mabelle spokojnie zeszła po stopniach i popatrzyła na niego z irytacją. Gdzie się podziała ta dziewicza miłość?
Black wyszczerzył się do dziewczyny, ale ponad jej ramieniem dostrzegł Jalil, więc zignorował całkowicie egzystencję ukochanej i zawołał:
- Hej Jal, chodź do nas!
Arabka podeszła do nich. Miała dziwnie rozbiegane spojrzenie.
- Jak leci? – zagadnął Jack, uśmiechając się rozbrajająco.
- W porządku – powiedziała cicho – Jack, Nigel mówić mi dzisiaj, że ty dziwnie wczoraj być…
Czarnowłosy skrzywił się na myśl o tamtym zajściu. Zerknął na Mabelle. Rozgniewana kobieta chcąc ukarać swojego mężczyznę za brak zainteresowania swoją osobą ruszyła pokonwersować trochę z jakąś grupką starszych przystojniaków. Gdzie się podziała ta nieśmiała dziewczyna? Jack miał wrażenie, że coś w jego sercu przeskoczyło, powędrowało przez aortę do tętnicy żołądkowej, aby tam rozpuścić się w kwasie solnym. Bezpowrotnie. Chciało mu się wymiotować, a nie iść na ucztę.
Mimo wszystko, korzystając z nieobecności osób trzecich, wydusił z siebie:
- Jalil… Strasznie nawaliłem. Strasznie.
- Co się staje? – zapytała z troską.
- Powiedziałem… Różne rzeczy, sam nie wiem, dlaczego. Niby nic, ale Lilly nie powinno się mówić nawet pozornie niegroźnych słów. A co dopiero takich. Słowa bolą – skończył smutno.
Jalil pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Ona znowu być dziwna. W sumie… Ona właśnie przestać być dziwna. Ona stać się… inna, niż my ją znać.
Weszli do Wielkiej Sali. Pod sufitem wisiały tysiące świec, krążyły chmary nietoperzy, duchów i innego tałatajstwa. Pod nogami pałętały się dynie, które padły ofiarami szalonego kucharza oraz inne halloweenowe dekoracje, których autorka jako przeciwniczka tego bzdurnego imperialistycznego obrządku komercjalizującego starożytne wierzenia nie jest w stanie wymienić. Dwójka Gryfonów skierowała się w stronę długiego stołu po prawej od wejścia i zajęła swoje miejsca.
- Ale chyba z nią rozmawiałaś, nie? – mruknął Jack, odganiając ręką nietoperza, który chciał go ugryźć w ucho – Może to tylko chwilowe, a nie nieodwracalny proces destrukcji. Będzie na uczcie?
Jalil uśmiechnęła się z politowaniem.
- Lilia przegapić dużo jedzenia? Spóźni się tylko, jak zwykły.
Wszyscy zajęli już miejsca, drzwi od Sali zamknęły się. Zaczęło się Wielkie Żarcie. Na stołach jednocześnie pojawiły się potrawy i do ogólnego gwaru dołączył jeszcze szczęk sztućców. Jack próbował rzucić się na wyglądającą wyjątkowo przyjaźnie pieczeń, gdy powstrzymał go nerwowy ruch Ahmad. Otworzyły się ogromne drzwi, ale nie pojawiła się w nich Lilly, tylko czwórka Krukonów, ubranych w szaty do Quidditcha. Kilka osób również podniosło głowy, ale zdecydowana większość w ogóle nie zwróciła na nich uwagi.
- Ach, no tak, mieli dzisiaj długi trening. Za dwa dni grają ze Slytherinem – rzucił Black i chciał ponowić próbę ataku na indyka, lecz Jalil znów go zastopowała.
- C-coś dziwnego się dziać, Jack – wyszeptała. Kobieca intuicja.
Chłopak spojrzał znudzonym wzrokiem na zawodników Ravenclawu. Wędrowali w stronę stołu swojego domu, ich chód był rzeczywiście nieco nienaturalny, ale można by wziąć to na karb zmęczenia. Nagle… Zatrzymali się jak jeden mąż, nieobecnie patrząc gdzieś poza przestrzenią. Jakiś Krukon zagadał coś wesoło do stojącej najbliżej ścigającej. Dziewczyna spojrzała na niego przeciągle, wydała z siebie dziwaczny skrzek i wbiła zęby w jego głowę.
Chłopak zaczął wrzeszczeć i wierzgać się, reszta Sali wyglądała, jakby ktoś nacisnął klawisz pause na pilocie. Wszyscy wpatrywali się przez chwilę w osłupieniu w psychodeliczną scenę, gdy nagle pozostała dwójka członków drużyny skoczyła na siedzących najbliżej uczniów Ravenclawu i Hufflepuff’u, kłapiąc wściekle zębami lub zagłębiając je w żywe ludzkie mięśnie, zaś trzeci, rosły pałkarz, wykonał nienaturalnie długi skok i rzucił się na Gryfonki z siódmej klasy. Miał nieludzko długie pazury i ogromne kły.
Na Sali zapanował huk, harmider, hałas, ogólna paranoja i panika, dzika ucieczka, tratowanie się nawzajem i ślizganie na strugach krwi, lejących się po marmurowej posadzce. Ludzie w popłochu próbowali wydostać się z komnaty lub po prostu znaleźć się jak najdalej od opętanych Krukonów. Co gorsza, ci, którzy mieli nieszczęście wyjątkowo dogłębnie poznać wydłużone ząbki zawodników, również ruszali z nieobecnym spojrzeniem w tłum ruchomego świeżego mięsa.
Uczta jak się patrzy.
Jack pociągnął Mabelle i Jalil za ręce i zanurkował pod stół.
- Co za paranoja! – krzyknął, pełznąc na czworakach w stronę wyjścia – Jak w jakimś kiepskim amerykańskim horrorze!
- Obawiać się, że to nie zombie – odparła przerażona Jalil. Mabelle gramoliła się tuż za nią, drżąc i jęcząc nieprzytomnie. Będzie miała uraz psychiczny do końca życia.
- A co, jak nie zombiactwo?! – zawołał Black, chwiejąc się. Jego ręka poślizgnęła się na czyjeś krwi.
- Nie wiem. Może demon albo strzyga? Coś jak zombie nie istniewać – oznajmiła spokojnie Arabka. Jej opanowany głos przerodził się nagle w dziki arabski wrzask. Nie sposób zrozumieć słów.
- Co się stało?! – odwrócił głowę Jack. Obie dziewczyny były w stanie nienaruszonym. Przynajmniej fizycznie.
- Nigel być w drużyna Ravenclaw! Co jeśli jego też opętać!?!
- Aaa! A co jeśli reszta tego zombiactwa zaatakowała Lilly po drodze?! Przecież sama nie da sobie rady!!! Ał! – wyrżnął głową w kant stołu. Wynurzyli się na powierzchnię rzeczywistości. Do nieokiełznanej masy uczniów dołączyli nauczyciele, usiłując opanować sytuację. Ale nie mogli przecież rzucać zaklęć na własnych uczniów! Przed oczyma trójki Gryfonów miała miejsce istna rzeź.
Jack rzucił się na drzwi. Nie chciały się otworzyć. Jalil zaczęła rozpaczliwie szukać w kieszeni różdżki. Jakiś Puchon przeleciał nad ich głowami. Pod niezbyt delikatnym naciskiem jego pleców wyjście otwarło się na oścież.
- Szybko! – Black pociągnął Mabelle. Jalil pobiegła bez jego pomocy. Czarnowłosy nie wskoczył jednak na schody, tylko skręcił w prawo. Wyważył z barku drzwi dyżurki woźnego i ulokował Graylore pod stertą mioteł i szmat.
- Nie przyda nam się na wiele, a tu przynajmniej będzie bezpieczna – rzucił do zdziwionej Ahmad, po czym ruszył biegiem w stronę wieży Gryffindoru.



żaden zmierzch. ustawię to chyba jako podpis.

Eksperymentalna

komentarze [9]

19. W tylu miejscach poklejone serce.
niedziela, 21 czerwca 2009

wakacje.

PONIEWAŻ WYKASOWAŁA MI SIĘ KSIĘGA GOŚCI PROSZĘ O PONOWNY WPIS JEŚLI KTOŚ ŻYCZY SOBIE BYĆ INFORMOWANYM O NOTKACH, MERCI.



Nowy dołączył do klasy piątej ślizgońskiej. Natychmiast stał się ogólnie znanym i uznawanym obiektem westchnień wszystkich prawie panienek z klas jeden do pięć, a nawet kilku niestabilnych emocjonalnie wyjątków ze starszych roczników. Był ogólnie pojętym w młodzieżowym slangu „ciachem”. Całkiem wysoki, wysportowany, o sylwetce, która tak malowniczo zaznacza obecność mięśni pod koszulą i o specjalnie, jakże modnie noszonych spodniach (tak, żeby widać było co najmniej do połowy firmowe majtki). O szlachetnej budowie nosa, pełnych, miękkich ustach, o niebieskim głębokim spojrzeniu, o ciemnych, niezbyt wąskich brwiach i o nieco jaśniejszych włosach, opadających leniwie na czoło. Ach, i ten nonszalancki uśmieszek. Nic, tylko schrupać.
Nowy miał najwyraźniej zbyt wspaniałe wyobrażenie o swojej osobie, a do tego doszła jeszcze obślizgła osobowość Ślizgona, no i mamy perfekcyjny obiekt pożądania. Kobiety są naprawdę dziwne.
Cała przeklęta rzecz zaczęła się pewnego przeklętego poniedziałku, kiedy to Gryfoni dzielili z przeklętymi Ślizgonami przeklętą część (wszystkie) przeklętych lekcji. Wszyscy siedzieli już na swoich miejscach we względnej ciszy, czekając na pokonanie resztek własnego „ja” poprzez sprawdzian z Zaklęć. Nauczycielka właśnie kończyła sprawdzanie listy. Poprzez zmatowiałe ze starości szyby do sali wlewało się wyjątkowe jak na angielski październik ciepłe światło. Uczniowie ze zgrozą przerzucali notatki, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.
Profesorka spojrzała ze zdziwieniem w stronę, z której dobiegał odgłos i chrapliwie zaprosiła gościa do środka. Ciężka mosiężna klamka poruszyła się i do sali wszedł ON.
Zapadła cisza absolutna, zamarł ruch wszelaki, zamarły promienie słońca, zamarły fruwające drobinki kurzu. Ten okres masowej niedyspozycji trwał jedynie chwilę, gdyż zaraz zaczęły się niby bezwiedne poprawianie włosów, oblizywanie ust, przybieranie bardziej reprezentacyjnych póz i inne żałosne czynności wykonywanie przez żeńską część klasy. Część chłopców zmarszczyła brwi, podwinęła rękawy szat lub poczyniła inne przygotowania wojenne. Albowiem Nowy był bóstwem wcielonym.
Jalil wydała z siebie niekontrolowane: „och” i natychmiast przerażona przysłoniła usta dłonią. Cała czerwona spojrzała ze strachem na Lilly, która nawet nie podniosła głowy znad pióra, w którym zawzięcie ryła szatańskie znaki. Uff, nie usłyszała. عَفِيف اللّه!
Potter usłyszała. Ale o tym później.
*
- O czym to wszyscy tak wesoło pierdolą? – zapytał Ian rozglądając się wokoło. Szara brew drgała w ten charakterystyczny, jakże znany Lilly sposób. Coś jest nie halo.
Ślizgon dołączył do trójki Gryfonów kiedy wszyscy zmierzali do Wielkiej Sali na kolację. Uśmiech Jacka niezauważalnie pobladł. Jak zwykle, kiedy zbliżał się do szarowłosego. W szóstoklasiście było coś niepokojącego, coś złego, coś, co nawet taką osobę jak Black wprawiało w poczucie niepewności. A nawet antypatii.
- Kto i gdzie? – spytała Potter beznamiętnie.
- No proszę cię! Wokół! Wszyscy! A szczególnie płeć piękna. A tak w ogóle to było pytanie retoryczne – odparł z krzywym uśmiechem.
- A od kiedy to interesuje cię, o czym to gada ogół populacji, co? – mruknęła, patrząc na niego z ukosa.
ŁUP!
Po śnieżnobiałej koszuli Lilly spływały strugi soku dyniowego. Uniosła powoli głowę
- Uważaj jak łazisz, Potter! – warknęła jakaś lafirynda stojąca obok niewątpliwego sprawcy całego wydarzenia, dzierżącego w ręku pusty już puchar po wyżej wymienionej cieczy. Idealną twarz owego młodego człowieka, wyglądającego jak model z jakiegoś bzdurnego pisma dla kobiet, wykrzywiał przepraszający grymas. Ale to otaczająca go grupka kobiet przejęła inicjatywę.
- Będę, dzięki za radę, anonimowa pospolita dziewczyno ze Slytherinu – nieustanne podkreślanie tego, że to (niestety) jej nazwisko jest znane wszem i wobec, a nie pustych dziewek, które wiele by za to dały, należało do tych przyjemniejszych zajęć, które można robić w czasie wolnym.
Jak przypuszczała, brunetka poczerwieniała lekko ze złości (z powodu ilości make-up’u, czy jak to się tam nazywa nie było to zbyt widoczne).
- Przepra… - zaczął Grecki Bóg, ale przerwała mu inna, blondyna:
- Och, proszę cię, Matt! Ślizgon nie przeprasza. A bynajmniej nie Gryfonkę – uśmiechnęła się dziwnie, co w jej mniemaniu miało być ironiczne.
Pozostała dwójka Gryfonów i Ian przypatrywali się z rozbawieniem całej sytuacji i oczekiwali rychłego końca Gwiazdy Śmierci.
- Dlaczego? – spytała beznamiętnie Lilly.
- Bo nie – warknęła blondie.
- Nie kotku, pytałam dlaczego objaśniasz mu zasady przynależności do waszej wyjątkowej w pewien sposób społeczności.
- Bo Matt jest nowy, dopiero co doszedł. Miał już nawet z wami zajęcia. Co ty robiłaś, że nie zauważyłaś, dziwaczko? Onanizowałaś się pod ławką? – prychnęła jakaś ruda małpa w czerwonym.
- Uwaga, trudne słowo – mruknął Jack z tyłu.
Lilly zignorowała bardziej infantylną część jej wypowiedzi i zwróciła się do owego bóstwa wcielonego:
- Otóż Matt, w naszej szkole panuje niepisany zakaz wynoszenia napojów z miejsca za tobą pod karą śmierci i wiecznej męki w siódmym kręgu Piekła.
- Od kiedy? – sarknęła blondyna.
- Od dziesięciu minut. Niestety, teraz jest zmuszona cię zabić – powiedziała zupełnie poważnie.
Nie wiadomo, czy to kwestia aury Lilly czy czegoś innego, ale wszyscy cofnęli się odruchowo z przerażeniem wypisanym na twarzach. Potter wykonała nieznaczny ruch ręką, a Ślizgon zawołał:
- Nie, przepraszam cię, naprawdę ja tak nie chcący, nie wiedziałem! Upiorę ci to czy jakoś wynagrodzę, tylko…!
- Daruję ci więc życie, ale pamiętaj, teraz jesteś mi winien służbę aż do śmierci. Żegnam.
Wyminęła go i ruszyła do Wielkiej Sali. Trójka podążyła za nią, a gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem uszu tamtej bandy, Jack wybuchnął głośnym, dzikim śmiechem, Ian zachichotał pod nosem. Tylko Jalil wyglądała na niezbyt zadowoloną.
- Wiedzieć co Lilia, myślę, że to trochę nie fair, on jest nowy i to zrobić niechcący, a ty…
- Jal, proszę cię. Masz już jednego faceta, zajmij się nim.
Arabka poczerwieniała.
- Co to miało znaczyć? Ty myśleć, że ja…?
- Tak – powiedziała Lilly patrząc jej w oczy. Żółte tęczówki kryły w sobie ślad… złości?
Chłopcy umilkli, patrząc to na jedną, to na drugą. Ian rzucił:
- To ja lecę! – i zwiał do swojego stolika.
Jalil patrzyła się z niedowierzaniem na Potter. Szkielet obleczony trupią skórą (Lilly) wzruszył beznamiętnie ramionami i podążył w stronę stołu Gryfonów. Ahmad stała wmurowana w ziemię i co rusz zamykała i otwierała usta.
- Jal…? – zaczął Jack, ale Arabka odwróciła się na pięcie i wybiegła z Sali. Zdziwiony Black podszedł do Lilly, która nakładała właśnie gigantyczną ilość jakiejś substancji na talerz i zapytał:
- Lilly, masz okres?
- Nie.
Dwójka szóstoklasistów siedzących obok spojrzała na nich dziwnie.
- PMS?
- Nie.
- Zawirowania hormonalne?
- Nie.
- Problemy sercowe?
- Nie.
- To co jest do cholery?
- Wątpię, że to zrozumiesz. Jesteś tylko kawałkiem kiepsko ociosanego drewna jeśli chodzi o takie kwestie.
Jack skrzywił się.
- Ty za to jesteś ekspertem w kwestiach emocjonalnych, wybacz. I nie gorączkuj się tak – mruknął z wyraźną ironią. Lilly spojrzała na niego swoimi martwymi oczyma, ale jej wyraz twarzy miał stanowić coś w rodzaju zdziwienia.
- Kim jesteś i co zrobiłeś z Jackiem? Niech zgadnę, łowcy ciał podmienili cię na maszynę ze sztuczną inteligencją. Albo szalony naukowiec wykonał ci przeszczep mózgu w damskiej toalecie. – powiedziała monotonnym głosem.
- No dobra, to o jakie kwestie ci chodzi?! – zawołał Black.
- O kwestie psychologii. Ludzie są tak żałośnie prości do odczytania – Potter napakowała sobie w usta porcję obiadu.
- I jaki ma to związek niby z Jal? – brwi Jacka powędrowały wysoko w gęstwinę czarnych włosów.
- Widzisz? Stawiam na dąb – wybełkotała z pełnymi ustami.
- Lilly!
Przełknęła i ponownie przeniosła na niego wzrok. Trwała przez chwilę w bezruchu, wpatrując się głęboko w błękitną studnię oczu przyjaciela. Zupełnie jakby chciała mu przekazać coś niezmiernie istotnego, ale nie umiała tego wymówić. Robiła to bardzo, bardzo często, co strasznie irytowało Jacka. Patrzył w puste żółte oczy, bezskutecznie doszukując się sensu tych milczących słów. Miał wrażenie, że wiele z nich dotyczyło bezpośrednio jego samego, ale również i ich wspólnych relacji. E tam, miał wrażenie. Wiedział. I podświadomie czuł, o co tak naprawdę jej chodzi, ale w końcu: był tylko kawałkiem drewna. Czyli facetem innymi słowy. Zamazanie przekazu gwarantuje stuprocentowy brak odczytu. Epic fail.
W takich momentach jak ten pogodnego Jacka trafiała jasna cholera. To tak jakby podróżując miesiącami wijącym się jak serpentyna czarnym tunelu wreszcie ujrzeć plamkę światła, biec, biec coraz szybciej, wyciągać ręce ku powiększającemu się kształtowi… i wyrżnąć łbem w szybę antywłamaniową.
Załamany i lekko poirytowany odwrócił się i zaczął dłubać widelcem w swojej porcji. Niespodziewanie Potter bąknęła:
- Jack... A gdyby spróbować hipnozy?
- Co?!
- No, chodzi o twoją mamę. Nie możesz ciągle liczyć na cud. To prawdopodobnie ma jakieś podłoże psychiczne, ale na mugolskich psychiatrów nie mamy co liczyć, najpewniej zamknęliby ją i nas u oszołomów, dlatego myślę, że gdybyś spróbował jakichś środków poznania tematu od… środka… to… - wydusiła z siebie cicho, wciąż głosem monotonnym i spokojnym, ale w dziwny sposób pozbawionym namiętności taśmy produkcyjnej chińskiego koncernu produkującego zabawki. Brzmiało to jakoś… z troską?
- Lilly, o czym ty…?
- Jack, to prawie pięć lat odkąd się znamy. A to trwa o wiele dłużej, praw…
Black z całej siły walnął pięściami w stół. Talerze i sztućce zabrzmiały kakofonią własnych dźwięków, rozmowy najbliżej siedzących osób umilkły, mnóstwo ludzi wbiło w dwójkę Gryfonów zaciekawione spojrzenia.
- Wiesz co, Lilly, jedyną cechą, którą w tobie lubiłem było to, że absolutnie nigdy w nic się nie wtrącasz, ale jak widać wszystko jest względne! – krzyknął wściekle, chwycił torbę i wyszedł z Wielkiej Sali.
Potter siedziała nieruchomo z oczami okrągłymi jak monety jednofuntowe. Świadkowie zajścia powoli odwracali się i wracali do swoich konwersacji, zapominając o całym zdarzeniu. Ludzie kończyli posiłki, i wychodzili, przychodzili nowi, zjadali, śmiali się, rozmawiali, wychodzili, zabrzmiał dzwon na popołudniowe lekcje, sala pustoszała. Nikt chyba nie zauważył, że jedna Gryfonka wciąż tkwi w jednej pozycji z szeroko rozwartymi oczyma i nierównym, płytkim oddechem. Nikt nie zauważył, że coś, co zaczynało się powoli, mozolnie, nieśmiało otwierać, zatrzasnęło się z hukiem. Nikt nie zauważył serca Lilly turlającego się po podłodze.
Gdy światło wpadające przez wielkie okna zaczęło szarzeć i tężeć, dziewczyna wydawała się postępować jak ono. Zgarbiła się, skurczyła jakby, skoślawiała, jej sylwetka połamała się i zdeformowała. Ogromne żółte oczy zmniejszyły się, zamigotały i zamarły. Tam, gdzie przed chwilą siedziała Lilly, była tylko jej stara, zużyta już trochę skorupa. Potter zniknęła.
A gdy zabrzmiał dzwon na kolację, znikło również jej ciało.
*
- Och, nieregularności na pewno nie można ci zarzucić – uśmiechnęła się ciepło pielęgniarka.
Jack siedział na stołku przy łóżku, obejmując dłońmi rękę matki. Tak bardzo nie chciał, aby udzieliło się jej jego załamanie, ale nie był w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny entuzjazmu. Czuł się trochę jak roślina. Czyli nie czuł się w ogóle.
Matka spała. Spokojnie. Wyglądała zupełnie normalnie. Piękna kobieta na tle białej pościeli. Ten widok miał w sobie jakiś urok. Nieokreślony i nieodgadnięty.
- Podobnie jak jeszcze takiej jednej panience – dodała krzątająca się obok pracowniczka Świętego Munga – Przychodzi co tydzień bez wyjątku, ostatnio częściej. To twoja rodzina?
- N-nie mam rodziny… Oprócz mamy – wyjąkał Jack – Jak ona wygląda?
- Ja wiem… Dość, hm.. oryginalnej postury, drobna. Przepraszam za określenie, ale najbardziej pasuje – jest trochę… brzydka, przypomina śmierć. Widziałam wiele zgonów, ale ta dziewczyna przypominała je bardziej niż one same. Czarne włosy, blada skóra, piegi, beznamiętny wyraz twarzy… Aczkolwiek uśmiech ma prześliczny.
Uśmiech? Wszystko pasowało do opisu, tylko nie on. Lilly się nie uśmiecha. Chyba nie umie.
- Widziałam ją parę razy, uśmiechniętą. Ale tylko przez szparę w drzwiach. Gdy się tylko zorientowała, że ktoś patrzy, od razu się naburmuszała. Tylko twoja mama miała szczęście oglądać go w pełnej okazałości. Uśmiech w sensie – wyszczerzyła się salowa i wyszła na korytarz.
Pani Black oddychała miarowo i spokojnie. Jack spojrzał na zegarek – było zdrowo po pierwszej w nocy. Zaczęło się Halloween.


Eksperymentalna

komentarze [3]

18. Hossy i bessy na giełdzie uczuć.
piątek, 23 stycznia 2009

Krótkie i bez sensu, na ferie. zmieniłam szablon. jeśli ktoś chce zobaczyć ten obrazek w pełnej okazałości, tudzież oryginale (akwarela), pisać.
chociaż wątpię, żeby się znalazł ktoś taki.
muszę wreszcie ogarnąć tę fabułę. o ile taka jest.

głowa malinowa w cieście.


Czerwone odwrócone pacyfki zaczęły pojawiać się w najbardziej widocznych punktach Londynu, jakby miały mówić: koniec pokoju! Zaprowadzimy nowy porządek! Czy to dowcip? Czy akcja jakiejś nowo powstałej, podziemnej organizacji? Ministerstwo dementuje pogłoski o rzekomej mugolsko-czarodziejskiej organizacji przewrotowej i oświadcza, że nie ma powodu do niepokoju. Póki co są tylko znaki na ścianach, czy skończy się tylko na tym, czy to dopiero początek czegoś większego? Więcej na str. 5
*
Lekcje, quidditch, Dodatkowe Obowiązkowe Zajęcia z Obrony Przed Czarną Magią (DOZOPCM, zwane z niewiadomego nikomu powodu przez uczniów dozopcami), znoszenie ludzi, którzy są kretynami oraz tych, który nie są, ale pod wpływem wirusa zwanego potocznie miłością zaczynają się tak zachowywać oraz narastające bzyczenie na temat coraz to „straszniejszych” artykułów umieszczanych w Proroku doprowadzały Lilly do emanowania jedynym uczuciem, jakim dysponowała, czyli wszechpotężną Irytacją.
Dozopce drażniły ją jeszcze bardziej, ponieważ nie dość, że brali w nich udział uczniowie ze wszystkich Domów, to jeszcze z kilku roczników, także musiała znosić towarzystwo takich osobistości, jak na przykład Scorpius Malfoy. Który dzięki Bogu wreszcie się (prawie) od niej odczepił, ze względu na swoją niedawno odkrytą przypadłość. Mimo to jednak wyzwalał w ludziach jeszcze większą antypatię niż kiedyś.
Do tej samej grupy na dozopce chodził również Ian. Potter nie miała obecnie ochoty widzieć go na oczy i była wdzięczna opatrzności, że jej się to udawało. Niestety, niezbyt długo. Ślizgon sam wytropił ją w tłumie zgromadzonym przed Wielką Salą.
- Lilly! – wysapał na widok czarnej grzywy.
Dziewczyna westchnęła z dezaprobatą i usiłowała zniknąć wraz z cieniem przesuwającym się po marmurowej posadzce.
- Lilly, poczekaj… Ja… - zaczął, czując coraz większe zażenowanie. Nie chciał tego robić przy ludziach, w końcu był ŚLIZGONEM, nie jakimś godnym pożałowania dobrotliwym Gryfonem. Z drugiej strony nie był też dupkiem, który najpierw ignoruje, żeby potem osaczyć delikwenta i załatwić sprawę po cichu, unikając tym samym upokorzenia i obślizgłego dotyku spojrzeń.
Potter nie odpowiedziała, rzuciła mu tylko krótkie spojrzenie i kontynuowała próby znikania. Ian znowu otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć, ponieważ uprzedził go Malfoy:
- Kryzys małżeński? – zapytał z wątpliwej jakości jadem w głosie.
- Odpieprz się – warknął Kennedy. Kilka osób zauważyło niecodzienną sytuację, a reakcja łańcuchowa pociągnęła kolejne, przez co dookoła Ślizgonów i Gryfonki powstał mały tłumek gapiów.
- Och, robi się groźnie – ironizował Scoprius – Nie moja wina, to ten rozkoszny widok sprawia, że moje usta same przemawiają. Kłótnie w takim wspaniałym, idealnie dobranym związku jak wasz… Swoją drogą, Kennedy, nie mogło być inaczej, skoro za wybrankę swego serca wziąłeś jakąś Gryfońską…
Nie dokończył. Lilly i Ian identycznymi ruchami w tym samym czasie wydobyli różdżki i wykonali dwa wkurzone machnięcia. Promienie biegły się w czarnym punkcie szaty Malfoya, który runął do tyłu i wyrżnął plecami w ścianę.
- Co… Co tu się dzieje??? – zawołała profesor Middletown, która właśnie nadeszła.
- Oni, pani profesor – zapiszczała wielka fanka blondyna, wskazując dwójkę nastolatków z patykami w dłoniach – ni z tego, ni z owego zaatakowali Scorpiusa.
Middletown westchnęła ciężko.
- Macie coś na usprawiedliwienie? Dlaczego go zaatakowaliście?
- Urodził się – mruknął Ian.
Lilly milczała.
- Potter?
Dziewczyna spokojnie schowała różdżkę i spojrzała bez emocji na panią profesor. Było jasne, że nie odpowie. Jak zwykle.
- Oboje szlaban. I minus dwadzieścia punktów dla każdego z Domów. Wszyscy do Sali. Już!
*
Weszła do pokoju nauczycielki transmutacji. Ian już tam stał. Middletown wskazała na okaz Apokalipsy zalegający na środku pokoju i powiedziała, że mają to wszystko uporządkować od A do Z. Zabrała im różdżki i oznajmiła, że mają trzy godziny. Potem wyszła.
Lilly spojrzała na porozrzucane książki i bez słowa zabrała się do wybierania wszystkich, które mają na początku literę A. Ślizgon w dalszym ciągu stał z boku, patrząc się na nią dziwnym wyrazem twarzy.
- Lilly…
Cisza.
- Lilly, muszę ci coś powiedzieć.
- Co? – spytała bez cienia zainteresowania – Masz w żyłach krew wilkołaka? A może wrzuciłeś mi pigułkę gwałtu do soku dyniowego?
- Cholera, skąd ci to nagle przyszło do głowy??? – zbulwersował się i poróżowiał na twarzy.
- No nie wiem. To równie prawdopodobne jak bycie wampirem, prawda? Zwłaszcza, jeśli ta druga osoba nic ci nie mówi. Chociaż zawsze wydawało ci się, że ci ufa. A nie, zaraz, mówi! Kłamie bez zająknięcia – warknęła, patrząc mu prosto w oczy.
- Cholera, przepraszam! Przepraszam, dobrze?! – krzyknął chłopak.
- Myślisz, że przepraszam coś rozwiązuje? – spytała prawie szeptem.
- A ty myślisz, że Ślizgonowi łatwo przechodzi to przez gardło?
- To nie moja wina, że jesteście takimi dupkami z porządnie zaburzonym systemem wartości – mruknęła.
Ian stał, milcząc. Ona też się nie odzywała. Przestała też przekładać książki, więc w pokoju zapanowała drętwa, lepka cisza.
- Lilly… Jak miałem ci to powiedzieć? – spytał prawie bezgłośnie, siadając bez skrępowania na fotelu nauczycielki – Jak… Jak… A gdybyś mi nie uwierzyła? Co ja bym wtedy… Nieważne zresztą – przejechał dłonią po krótkich szarych włosach – Nie powinienem był kłamać. Wiem. I przepraszam cię za to.
Lilly cały czas gapiła się na niego ze swoją charakterystyczną miną. Nagle wstała, podeszła do niego i usiadła naprzeciwko na biurku.
- A jakbyś mnie tak ugryzł… - zaczęła głosem, który równie dobrze można by uznać za rozmarzony – To ja też byłabym wampirem?
Ian uśmiechnął się.
- Nie, wampirem zostaje się trochę inaczej. Ale ty nie chcesz tego, Lilly. Naprawdę tego nie chcesz.
*
Zadziwiające jest to, że większość dziewcząt z gatunki „szarych myszy” ma to do siebie, że kiedy przyjdzie co do czego, a kobietka stanie na w miarę twardym gruncie, rozpętuje małe piekło wokół swej skromnej osoby. Mabelle Graylore była tego żywym przykładem.
Oczywiście na początku było miło i przyjemnie. Jack świata poza nią nie widział, a ona sama również była zakochana po uszy. Dopiero później pokazała pazurki. Z grzecznej dziewczynki stała się zaborczą zazdrośnicą. Traf chciał, że Black był najbardziej tolerancyjnym chłopakiem na świecie. Ale przecież wszystko ma swoje granice.
Czepiała się chłopaków, kiedy Jack chciał wyjść grać w „gałę” (tak, moi drodzy, nie myślcie sobie, że to dotyczy tylko Mugoli) lub cokolwiek zrobić z kumplami. Czepiała się dziewczyn, do których Black, jako osoba megapozytywna i prostolinijna, uśmiechał się niewinnie. Czepiała się Lindy Parker, zupełnie bezpodstawnie zresztą, bo jej chłopak sam nie znosił upierdliwej Krukonki. Czepiała się nawet, olaboga, Lilly! Czepiała się WSZYSTKIEGO.
Jack był cierpliwy.
Ale każda, nawet największa cierpliwość kiedyś się kończy.
Nie, nie zerwali.
Ale chłopak postanowił się ukrywać, uciekać i znikać z pola widzenia. Zwykle przemycał wtedy gitarę gdzieś w odludne, pachnące wilgocią i grzybem miejsce i ćwiczył do upadłego.
Jack był w tej zaborczej małpie tak zakochany, że przez cały czas zawzięcie sądził, iż jej zachowanie to albo przedłużony PMS albo dojrzewanie albo chwilowy kryzys gospodarczy. Nie dopuściłby przecież do siebie myśli, że to ta poprzednia wersja Mabelle była udawana. Na pewno nie była. ON to wiedział. I kropka.
Co ciekawe, związek Jalil z Nigelem przeżywał właśnie nieprawdopodobny rozkwit. W pełni sił witalnych, niesłychanie wydajny i przynoszący pozytywne zyski, a mimo to odpowiednio ułożony i zadbany, niczym młoda pracownica kancelarii adwokackiej po świeżo ukończonych studiach prawniczych. Dlaczego tak się działo? (A bo ja wiem? <- przyp. autor.) Przypuszczalnie oboje dojrzali na tyle, żeby domyśleć się, o co chodzi. Nie o obściskiwanie się i mówienie słodkich słówek, tudzież wygłaszanie długich jak pociąg towarowy przemów z pretensjami. Nie. Tym razem uzmysłowili sobie, że to wszystko jest więcej warte. Nagle dostrzegli w sobie coś zupełnie innego. Coś co trzeba odkrywać, pielęgnować, poznawać od podszewki. Nagle zafascynowani zostali sobą nawzajem jako niesamowitymi ludźmi, którzy po wielu latach poszukiwań wreszcie się odnaleźli. Poruszeni tym niezwykłym zjawiskiem oderwali się od realności. Zakochali się naprawdę.
Tylko, cholera, trochę za późno.
Bo oto przyszedł Nowy.

Zastanawiam się, czy nie wpleść w opowiadania różowych szlafroczków. Co wy na to? xD
Eksperymentalna

komentarze [3]

17. Dlaczego?!
sobota, 15 listopada 2008

Otóż zdałam sobie sprawę, że w końcu infatylne, popkulturowe i komercyjne tło, które ukradłam dla celów tego opowiadania wbrew pozorom jest światem MAGICZNYM. warto więc wprowadzić jakiś klimatyczny wątek.
i choć 3/4 ocenianiących/czytających/analizujących/Bóg-wie-co-robiących uważa to za wyżej wymienioną infantylność i "żal.pl", ja i tak ten wątek wprowadziłam.
bo mam ich głęboko w dupie :]
liczy się wasza opinia, amen:


- Tak, moi drodzy. Rozpoczyna się nowy rok szkolny, prawdopodobnie najważniejszy dla was, jako młodych czarodziejów. W tym roku będzie zdawali Standardowe Umiejętności Magiczne, które poświadczą o waszych umiejętnościach i ukształtują waszą przyszłość. Proszę więc się skupić na nauce, a nie na bezsensownych libacjach. Jednocześnie przypominam, że posiadanie i zażywanie alkoholu, podobnie jak papierosów w obrębie szkoły jest surowo zabronione…
- Jak można zażywać papierosów? – mruknął ktoś z tyłu.
- … i będzie podlegać wysokiej karze. Posiadanie, rozprowadzanie i zażywanie NARKOTYKÓW – profesor Middletown podkreśliła to słowo i wzdrygnęła się, jakby takowy występek był nie do pomyślenia – grozi natychmiastowym wydaleniem ze szkoły i dalszymi konsekwencjami, na przykład postępowaniem karnym. Pragnę również przypomnieć…
- Pfff… - zachichotał cicho Jack – Czytałaś te książki o twoim ojcu?
- Te bzdury tej jak jej tam… Rowling? – mruknęła – Zostałam zmuszona w dzieciństwie.
- Myślisz, że kiedyś było tak różowo?
Lilly spojrzała na niego swoim idealnie obojętnym, acz nad wyraz wymownym wzrokiem. Jack uśmiechnął się porozumiewawczo i po chwili zapytał:
- Ty, a jak ona to od niego wyciągnęła? Te wszystkie szczegóły?
- Jack, do jasnej cholery, co mnie to obchodzi? Pewnie dała mu przepyszną herbatkę z litrem veritaserum i molestowała o siedem lat życia.
- Albo molestowała bez veritaserum – zachichotał ponownie. Nagle dotarło do niego drugie znaczenie właśnie wypowiedzianych słów, przez co wybuchnął niepohamowanych, głośnym śmiechem, wcale nie dbając o poirytowaną profesor, obserwującą go wzrokiem bazyliszka.
- Minus piętnaście punktów dla Gryffindoru, Black. I miło by było, gdybyście wraz z Potter raczyli mnie raz w życiu posłuchać.
Jack niby umilkł, cały czas cicho chichocząc. Lilly siedziała beznamiętna jak zwykle.
Middletown odchrząknęła i kontynuowała swój wykład o narkotykach, alkoholu, papierosach i włamywaniu się do Skrzydła Szpitalnego w poszukiwaniu syropów na kaszel. Tłumaczyła, że nie wolno i że będą konsekwencje. Z każdym zdaniem coraz bardziej uświadamiała uczniów, że wierzy w bajki o grzecznych nastolatkach. Zaś oni zawarli milczące porozumienie, by nie wyprowadzać kobiety z krainy marzeń.
- No, to kiedy świętujemy początek nowego roku? – mruknął David.
*
- Zgadnij co, Ruda? – zawołał James, pochylając się nad skurczonym w pozycji embrionalnej zombie.
- Wiosło? – spytała bez cienia zainteresowania.
- Lepiej! Zostałem kapitanem drużyny! – wypiął dumnie pierś.
Lilly podniosła znudzone spojrzenie na brata.
- Drużyny Skarpetkowych Rozśmierdników?
- Co? Nie no, quidditcha! Quidditcha! – zawołał, wymachując rękami.
- Acha. A Dumbfase?
- Na odwyku – uśmiechnął się James. Przyjaciel na odwyku to dobry powód do niepomiernej radości, nieprawdaż?
Do Pokoju Wspólnego weszła jakaś niepozorna dziewczynka, na którą nikt nie zwrócił uwagi. Rozejrzała się po pomieszczeniu i dostrzegając żółte, dziwne oczy wzdrygnęła się, ale też jakby ucieszyła i podążyła w kierunku ich posiadaczki. Mimo, iż Lilly była osobą nad wyraz nietowarzyską, a obecność innych głównie ją wkurzała, nie odzywała się prawie w ogóle i zdawała się prześlizgiwać po korytarzach wraz z cieniem, znała ją cała szkoła. Co wkurzało ją bardziej niż nic innego na tym Bożym świecie.
- Lilly Potter? – spytała nieśmiało.
- Zgadnij – burknęła w odpowiedzi.
- Ktoś cię woła. O, tam! – zawołało dziewczę, wskazując paluszkiem dziurę w ścianie, gdzie wisząca w powietrzu Gruba Dama bluzgała przekleństwami żądając, by ktoś wreszcie zamknął przejście. Nikogo tam jednak nie było.
- No taki chłopak! Ma takie szare włosy, no…! – piszczała.
- Aaa, on. Dobra, zamknij się już – mruknęła i odeszła, nie zaszczycając dziewczynki spojrzeniem. Jak się spodziewała za rogiem stał Ian i klął pod nosem na widok dziwnych spojrzeń, jakie rzucali mu Gryfoni.
- Co, Romeo? – spytała ironicznie.
- Wiesz co?! Ja tu przychodzę cię odwiedzać w tym psychiatryku, a ty takie testy rzucasz! – zbulwersował się chłopak – Jabola czy browara?
- Skąd ty tu niby wytrzaśniesz mugolskie trunki?
- Uwierz mi, Domowe Skrzaty urządzają często niezłe popijawy. Ognista jest za droga i śmierdzi kotem, a Kremowe Piwo…? Weź w ogóle. To nie ma ani procentów ani smaku. Mleczko dla dzieci, powinny być gratisowe smoczki do każdego czteropaka - wzruszył ramionami.
Lilly klepnęła go w łopatkę jakby z politowaniem.
- Nie piję, wiesz o tym.
- Wiem, żartowałem – wyszczerzył się – Chodź, idziemy.
- Gdzie?
- Do Pokoju Życzeń, nie? Wiesz, że są tam wszystkie płyty Jimi ’ego Hendrix’a? Kurwa, to słońce! – zawołał, zasłaniając twarz dłonią i uskakując w cień. Lilly zauważyła, że na szarawej skórze dłoni pojawił się jakiś dziwny odcień. Jakby… czerwony?
- Wiesz… Uczulenie – uśmiechnął się.
- Jasne – odparła. W jej oczach dostrzegł coś dziwnego. Postanowił szybko zmienić temat. Zaczął coś nawijać o rocku psychodelicznym i udawał, że nie widzi, jak rozmówczyni nagle zrobiła się jakaś nieobecna. W końcu stanęli przed gołą ścianą i zaczęli równocześnie rozmyślać o wielkich głośnikach. Z cichym pyknięciem pojawiły się drzwi. W Pokoju stał ogromny sprzęt stereo i kilka regałów wypełnionych po brzegi płytami oznakowanymi od A do Z. Na podłodze leżały jakieś pufy, koce i poduszki.
Lilly klapnęła się na jedną z nich i poskoczyła z sykiem, trzymając się za dłoń. Ian doskoczył w jednej chwili by sprawdzić, co się stało.
- Cholera. Skąd tu to szkło? – zdziwił się widząc odłamki rozrzucone po podłodze.
- Nie wiem. Może jakiś błąd w sztuce. To wszystko przez ten twój alkohol – odparła, ściskając kurczowo swoją rękę. Kilka kropel krwi upadło leniwie na posadzkę. Lilly z trudem rozwarła dłoń ukazując jej wnętrze, pokryte czerwoną, gęstą posoką. Ian zadrżał gwałtownie, ręce same zacisnęły mu się w pięści. Ciecz skapywała powoli. W oczach chłopaka pojawiło się przerażenie pomieszane z pożądaniem, tęczówki zaczęły zmieniać kolor z zimnej szarości na głęboką, przerażającą czerwień. W rozwartych ustach pojawiły się długie, cieniutkie białe kły. Wampir krzyknął, zakrył usta dłońmi i skoczył w tył, przywierając plecami do zimnej ściany. Drżąc osunął się na ziemię i trwał tak, zaciskając kurczowo powieki. W końcu opanował się jakby, zaczął oddychać miarowo, spokojnie, rozluźnił ręce i opuścił je. Kły zmalały i zniknęły pod górną wargą. Otworzył oczy i spojrzał na Lilly z nieukrywanym strachem.
- D-dlaczego to zrobiłaś? B-bo zrobiłaś to specjalnie, prawda? – wyjąkał.
Lilly podeszła do niego. Po raz pierwszy w życiu zobaczył w jej oczach coś, co nie było obojętnością ani mrożącym chłodem. Ujrzał gniew, płonący gniew, ziejący ogniem w czarnych dziurach źrenic.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? – syknęła.
Przerażenie opuściło go gwałtownie, ustępując miejsca palącej irytacji. Wstał i wybuchnął:
- Dlaczego?! Dlaczego?! Bo jesteś człowiekiem! Bo my musimy się przed wami ukrywać, przed waszymi paranoicznymi lękami przed utratą kropli krwi, przed bólem, przed każdym, kto jest inny! Myślisz, że przyjęliby mnie do tej szkoły, gdyby wiedzieli kim jestem? Myślisz, że chodziłabyś ze mną do Pokoju Życzeń, mając świadomość, że w każdej chwili mogę wbić zęby w twój kark? Błędną świadomość zresztą, bo wy ludzie tak naprawdę nic o nas nie wiecie! Nie wiecie i nie chcecie wiedzieć, bo wy…
- Zamknij się, do jasnej cholery – warknęła – A ty, inteligentna bestio, sądzisz, że ja nie wiedziałam? Wiedziałam od dawna. Za kogo ty mnie masz? Za idiotkę, która ocenia istoty na podstawie błędnych przekazów, a może na podstawie tego, jak wyglądają? Masz mnie za kogoś, kto wyprze się przyjaciela z powodu jakiegoś niuansu, który nawet nie jest od niego zależny? No powiedz, Ian, może źle rozumiem sytuację między tobą a mną – skończyła sarkastycznie.
Nastała cisza. Ślizgon wciąż oddychał dość szybko. Krople krwi z ręki Gryfonki upadały miarowo na marmur.
- Uczulenie na słońce – prychnęła – Mogę tolerować przemilczanie prawdy, ale nienawidzę kłamstwa, Ian.
Kroki. Kap kap na posadzce. Trzaśnięcie drzwi. Świst, a potem głuche uderzenie – odgłosy osuwania się na kolana. Kap kap. Łzy? Kurwa… Przecież ja nigdy… Dlaczego? Dlaczego, do jasnej cholery, jestem tym, kim jestem?
Dlaczego…?
*
- Ej, Lilia, widzieć Nigel? Ja go szukać cały dzień… Lilia! عَفِيف اللّه! Co ci się stać w ręka?! Trzeba to… Lilia? Ej, Lilia!!!

Chłopaki też płaczą. i nie ma w tym nic zdrożnego.
Eksperymentalna

komentarze [5]

16. Gitara.
środa, 3 września 2008

wqitam po długiej przerwie. notka szesnasta, tyle, ile mam lat. czyli fajna :D
mam nadzieję.


- Lilly, to prawie jak hikikomori. Dobrze przynajmniej, że na posiłki schodzisz.
- Do jedzenia zawsze jestem pierwsza – mruknęła w odpowiedzi, nie podnosząc wzroku znad wyjątkowo krwawej (mniam <- przyp. autor.) i brutalnej książki fantasy.
Harry westchnął z dezaprobatą i rozejrzał się po pokoju. Cztery białe ściany i jedno okno, niedbale osłonięte zasłoną tak, że intensywne popołudniowe lipcowe słońce pozostawiało jedynie jasną smugę nad karniszem. Po prawej, jak najdalej od okna, stało drewniane łóżko, proste, nie posłane, a na nim wyciągnięta leżała czarna chuda postać i takiż kot. Obok łóżka znajdowało się stare, ściągnięte ze strychu biurko i wyłączony komputer z brudnym monitorem. Gdzieś na podłodze stał stareńki gramofon i miniwieża, służąca także jako wzmacniacz, a po całej rozciągłości zakurzonej klepki walały się winyle, płyty CD, książki, komiksy i niewielka sterta czarnych ubrań. Potter starał się nawet nie patrzeć na ścianę po lewej, tak znienawidzoną przez oboje rodziców, gdyż od paru ładnych lat widniał na niej dziwny, ociekający czerwoną farbą jakoby krwią napis, którego nie powstydziłby się sam Lucyfer. Co najciekawsze, nie dało się go ani zmyć, ani zamalować żadną farbą. Duszny pokój wypełniała sącząca się z odtwarzacza muzyka, którą Ginny nazywała ścisztegarkotłukami. Taką nazwę wymyśliła zacna kobieta.
- Lilly… - zaczął ojciec. Dziewczyna przewróciła oczami. Zaraz się zacznie. Kazanie. Że to tak nie można. Że powinna wyjść na słońce. Że co to za muzyka. Że nie można całe życie przesiedzieć w pokoju. Że jak można się tak zachowywać. Że może pójdą razem do psychologa.
Tata był w porządku. Jeśli się nie odzywał. Wiedziała, że ją kocha, i że zawsze daje jej to, czego zapragnie. Tylko żeby nie był taki święty. Taki idealny. Wieczny bohater. Robiło się jej niedobrze, gdy na niego patrzyła. Przypominały się jej wtedy wszystkie komentarze w szkole, a cała sława i chwała jej nazwiska, te książki, gazety, artykuły z tłustym „Potter” na szczycie. A on była taki dobry… ZA dobry.
- Lilly, nie można tak cale lato przesiedzieć w… - umilkł, gdyż córka spojrzała nań dość wymownie.
- Lilly, niedługo twoje urodziny, co byś chciała dostać? – zagaił po chwili.
- Gitarę. Klasyczną, akustyczną, wszystko mi jedno – odparła natychmiastowo, po czym dodała jeszcze – Proszę.
*
- Kurde, jak mi się marzy gitara! – zawołał Jack, robiąc coś w rodzaju salta nad oparciem kanapy i lądując z hukiem koło Lilly. Ta podskoczyła kilkadziesiąt centymetrów, nie podnosząc wzroku znad książki.
- Jak się z tym czujesz? – spytała beznamiętnie.
Jack spojrzał na nią z dezaprobatą, po czym powrócił do dawnego entuzjazmu.
- Po prostu zdałem sobie sprawę, że dawno nie grałem. Wiesz, w tym domu w którym mieszkam nawet gdybym ją miał to Silniejsza Warstwa dawno by mi ją robiła na głowie. Za specjalnie mnie tam nie lubią – zachichotał – Zresztą musiałem ją sprzedać wcześniej, żeby zarobić na leki dla mamy. Chociaż dali mi za nią tak mało, że więcej bym zarobił grając na ulicy, ale co tam.
Lilly spojrzała na niego z cieniem troski w żółtych oczach. Jack prychnął.
- Prosiłem cię, żebyś tak nie reagowała, kiedy mówię o sobie.
Czarnowłosa odwróciła wzrok, ale nadal czuła się nieswojo. Jak zawsze, gdy przyjaciel opowiadał jakieś historie ze swojego życia. Nie był zbyt wylewny jeśli chodzi o takie sprawy, ale czasem zbierało mu się na zwierzenia i wtedy Potter, która przecież miała niezłą wprawę w ukrywaniu uczuć, musiała się napocić by nie zauważył jej zmieszania.
- Więc mówisz, że grałeś.
- Grywałem – wzruszył ramionami.
- I marzy ci się gitara – dodała.
- Noo…
- Masz to jak w banku – mruknęła wstając i kierując się w stronę dormitorium.
- Co? Czekaj! Nie! Nie musisz… Nie chcę, żebyś ty… - wołał za oddalają się dziewczyną.
- Ale ja chcę.
*
Siódmy lipca 2007 był dla Lilly dniem przeklętym. Nie każdy musi radować się z przyjścia na świat jakiegoś człowieka, zwłaszcza kiedy samemu jest się tym człowiekiem. Piętnaście lat od tego zdarzenia siedziała na łóżku, gapiąc się w wielki pakunek, który przed chwilą otrzymała od rodziców. Rozerwała kolorowy papier i z nabożeństwem odsunęła suwak. Jest. Jej oczom ukazała się piękna, błyszcząca gitara klasyczna. Przejechała palcem wzdłuż czarnego gryfu, jej dłoń ześliznęła się po beżowym pudle rezonansowym w kształcie gruszki. Delikatnie wyjęła ją z futerału i oparła o udo. Pogłaskała z czcią nylonowe struny. „No kochanie”, pomyślała, „Teraz musisz poczekać do września.”
Już chciała odłożyć cudowny instrument z powrotem, gdy jej palec zahaczył o jedną ze strun. Usiadła wygodniej i zaczęła brzdąkać. Dźwięk niepodobny do niczego, ale co, w końcu to jej pierwszy raz. Kątem oka dostrzegła czerwony podręcznik do gry na gitarze. „Jack się chyba nie obrazi… (Nie, szczególnie, jak mu rozstroisz. <- przyp. autor.) A my, moja kochana, mamy przed sobą całe dwa miesiące”. Sięgnęła po lśniącą książkę.
*
- Teddy! – zawołał Harry, otwierając drzwi wejściowe. W przejściu ukazał się wysoki, szczupły młody facet ubrany jak punk z lat osiemdziesiątych, z fantazyjną, fioletową czupryną i czterema kilogramami kolczyków, pieszczoch i ozdób.
- Siemka – wyszczerzył się metamorfomag - Gdzie jest moja jubilatka?
Ginny skrzywiła się nieznacznie.
- Na górze. Nie wyłazi z pokoju od czerwca. Na początku schodziła jeszcze na posiłki, ale od kiedy dostała od ojca tą gitarę, jej podróż poza pokój kończy się na łazience.
Na dźwięk słowa „gitara” Lupin nadstawił ucho. Ze schodów spływała cicha melodia, niezbyt skomplikowana, ale przyjemna dla ucha i co najważniejsze – w miarę bezbłędna.
- Pozwolicie, że zjem obiad później? – uśmiechnął się zrzucając z nóg glany, po czym ruszył na górę.
Nastała chwila milczenia, po czym Ginevra zapytała szeptem:
- Czy ktoś mu go w ogóle proponował?
*
Oślepiający blask oderwał ją na chwilę od strun. Spojrzała w kierunku drzwi, w których ukazał się jedyny członek popapranej rodzinki, którego NAPRAWDĘ lubiła.
- Cześć, Lilka! – zawołał Teddy, wchodząc do ciemnego pokoju – Sorry, nie mogłem przyjść siódmego…
- Moje urodziny były w lipcu – mruknęła bezlitośnie.
- Serio? Myślałem, ze w sierpniu – podrapał się po głowie – No nie ważne. Wszystkiego takiego!
Rzucił jej na podołek płaskie opakowanie. Zmrużyła oczy, by rozczytać w mroku litery. Nagle twarz jej pojaśniała.
- „Never Mind the Bollocks, Here’s the Sex Pistols”! – przeczytała.
- Z pierwszego nakładu, rok 1977, nie pytaj skąd mam – uśmiechnął się tajemniczo – Pomyślałem, że zechcesz posłuchać w oryginale, bez tej nowoczesnej obróbki i poprawy dźwięku…
Lilly zrobiła najbardziej nieoczekiwaną rzecz na świecie: uśmiechnęła się szeroko(czyt. wygięła lekko wargi, a kąciki ust uniosły się nieznacznie <- przyp. autor.). Było to tak niespotykane, ze jej twarz wyglądała nie tyle na radosną, co na upiorną.
- Dzięki Ted.
- Luzik, maleńka. A teraz, w nagrodę, zagraj coś dla mnie.
Spochmurniała.
- Nie umiem jeszcze zbyt…
- Dajesz – zachęcił chłopak.
Lilly zamknęła oczy i pozwoliła palcom błąkać się po gryfie w wyćwiczonym wcześniej układzie. Drugą ręką sztywno szarpała struny na wysokości okrągłej dziury w pudle. Melodia była przyjemna, prosta, trochę koślawa, ale miała w sobie to… coś.
- Jesteś za bardzo spięta. Luzik! Pokaż.
Zabrał jej instrument. Dźwięk zaczął sączyć się tak czysto i pięknie, że Lilly aż otworzyła usta. Ted był specjalistą. Zaraz…
- Ted…?
- Hmm…? – długie palce nadal tańczyły na gryfie.
- Można jakoś przełożyć struny dla leworęcznych?
- Można… Zaraz, a po co ci to? Jesteś praworęczna!
- No tak. Ale to nie dla mnie – mruknęła.
- What the fuck? Jak to? Masz talent i chcesz się tak łatwo pozbyć narzędzia cudów w twoich dłoniach?! Ała! – zawył, bo oto Pan Kracy skoczył mu na ramię i wbił cieniutkie pazurki we flanelową koszulę.
- Są bardziej potrzebujący – burknęła w odpowiedzi.
Teddy zasępił się jakby, bo czym znowu rozbłysnął typowym dla siebie entuzjazmem.
- Słuchaj! Mam gdzieś na chacie akustykę, nówkę sztukę, dla leworęcznych, dostałem od kumpla, nawet fajny gostek, ale ciągle chodził napruty i nie wiedział nawet, że chodzi bez spodni, a nie tylko że przyjaciele są praworęczni. Dam ci, dla tych potrzebujących.
I tak Lilly stała się szczęśliwą posiadaczką dwóch gitar. Do września.
*
Ledwo zdążyła ukryć (w miarę) dwa futerały za walizką, gdy do przedziału wpadła zziajana Jalil. Stała przez chwilę oparta o framugę drzwi jakby jakaś paranormalna siła usiłowała ją wyciągnąć na korytarz, a ona się opierała. Dyszała przy tym jakby właśnie ukończyła bieg przełajowy.
- Lilia, ja cię wszędzie szukać! Ty wiesz, ja… Patrz! – wykrztusiła wreszcie i wskazała na swą pierś, gdy pyszniła się blaskiem odznaka prefekta.
- Kurde, Jal, gratulacje – mruknęła Lilly bez emocji.
Ahmad rozpromieniła się słysząc entuzjazm przyjaciółki, po czym pobiegła dalej, zapewne w poszukiwaniu Nigela. Potter coś jakby ukuło w podbrzuszu, gdy o tym pomyślała, ale zaraz poczuła sztylety w łydce, które okazały się pazurami Pana Kracego i zapomniała o wcześniejszych rozważaniach.
Niedługo później do przedziału dotarł Jack. Poruszyła się niespokojnie, chcąc wreszcie wręczyć mu prezent, ale tuż za nim pojawiła się Mabelle, więc Lilly zrezygnowała z tego pomysłu. Poczeka do wieczora.
*
Wydawało się, że jest wreszcie pełna. Wiedziała, że to tylko tymczasowe uczucie, bo NIGDY nie była najedzona, nawet po ilości pokarmu spożytego na uczcie powitalnej. Taki jej los.
Dotarła do Pokoju Wspólnego o wiele później, niż reszta mieszkańców Gryffindoru, a to dlatego, że by uniknąć tłumu, odczekała na krużgankach, wdychając pachnące, chłodne nocne powietrze. Sala nie była, jak przypuszczała, pełna, gdyż najedzone dzieciaki zrobiły się senne, albo też poczuły głód nikotynowy i skryły się gdzieś po toaletach (w Pokoju Wspólnym obowiązywał całkowity zakaz palenia, przestrzegany tylko i wyłącznie ze względu na magiczne zraszacze przeciwpożarowe, pryskające zupą szczawiową albo płynnym kałem – jeśli to były papierosy bez filtra. Niejeden już zmókł, nie ugasiwszy pragnienia zapalenia fajki. Co więcej, musiał czyścić szaty wszystkim obecnym). Jack zapewne tkwił już u siebie.
Wpadła do siebie tylko na chwilę, łapiąc za czarny futerał i wychodząc. Odprowadzona została przy tym nienawistnymi spojrzeniami współlokatorek, które najwidoczniej spodziewały się, że w tym roku już jej nie zobaczą.
Ruszyła przeciwległymi schodkami na górę, poszukując wzrokiem plakietki z napisem „piąta klasa”. Znalazłszy takową bezceremonialnie pchnęła drzwi i weszła do dormitorium. Zupełnie nie przeszkadzał jej widok półnagich kolegów, a oni rzucili najpierw kilka uwag o pukaniu, lecz umilkli spłoszeni, widząc zombie, które ich nawiedziło. Jack leżał już na łóżku w ramionach Orfeusza, nawet nie racząc się przebrać. Lilly bez zastanowienia weszła na mebel i klęknęła na unoszącej się równomiernie piersi. Black otworzył oczy i widząc pochylonego nad nim wampira wrzasnął krótko.
- Przymknij się – mruknęła.
- Zejdź z mojej napakowanej klaty – wydyszał chudzielec. Potter posłusznie rozwarła nogi i zsunęła kolana na pościel, finalnie lądując okrakiem na piersi przyjaciela.
Pozostali lokatorzy nic nie powiedzieli, ale obserwowali tę dwójkę z dziwnej pozie z rosnącym zainteresowaniem.
- Nie złożyłam ci życzeń. Wszystkiego… hyyyp… - stęknęła, przenosząc futerał nad głową - … takiego.
Jack usiadł gwałtownie i nie wysilając się zbytnio zrzucił dziewczynę z klatki. Chwycił czarne pudło i przytulił tak, jakby ktoś miał mu je zaraz odebrać.
- Gitara! – wykrzyknął – Mówiłem ci, żebyś…
- Ty dużo mówisz - przerwała mu Lilly, podnosząc się z podłogi.
- No tak, ale… Poza tym ja… Nie mam nic dla ciebie – dokończył speszony.
- Ależ masz – wyłoniła się zza łóżka.
Spojrzał na nią zdziwiony.
- Wystarczy, że mi coś zagrasz – powiedziała, próbując wykrzywić wargi w prowizoryczny uśmiech.
Black rozpromienił się i zerwał z łóżka, ciągnąc ją za rękę za sobą. Współlokatorzy odprowadzili ich rozbawionymi spojrzeniami. David krzyknął:
- Hej, jedna dziewczyna to nie za mało? Powiem Graylore!
Ale Jack go nie słuchał.
Wyciągnął Lilly z Pokoju Wspólnego, potem z Wieży Gryffindoru i nie zwracając uwagi na ewentualne patrole biegł korytarzem na czwartym piętrze. Zresztą, nauczyciele zwykle odpuszczali sobie pierwszy dzień i korzystając ze zmęczenia uczniów podróżą robili własne libacje(tudzież stypy). Black pokonał kilka kondygnacji, tu zakręcił, tam się cofną, tutaj zwolnił, także Lilly nie miała zielonego pojęcia w jakiej części zamku się znajduje. Wreszcie wyskoczył na jakiś balkon i zziajana i spocona Potter mogła się wreszcie zorientować, gdzie jest. Sądząc po tym, że tuż pod nią błyszczało w świetle księżyca jezioro, byli gdzieś we wschodnim skrzydle. Balkonik był mały, ale bardzo przytulny. Noc pachniała pięknie.
- Często przyprowadzałem tu Mabelle – mruknął, zupełnie nie zmęczony – Siadaj, pamiętam tylko jeden utwór. Wydaje mi się, że akurat w sam raz dla ciebie.
- Rozumiem, że mam się doszukiwać podtekstów i ukrytych znaczeń?
Uśmiechnął się tajemniczo w odpowiedzi, po czym rozsiadł na zimnej posadzce i oparł gitarę o prawe udo. Przejechał palcami kilkakrotnie po strunach, a one wydały niepowiązanie ze sobą, koślawe dźwięki. Lilly wiedziała, co robi. Poznawał się z gitarą.
Po chwili zrobił wdech i zaczął grać. Usta Lilly same rozwarły się w niemym podziwie. Jego palce z nadzwyczajną wprawą skakały po progach i strunach, tak naturalnie, jakby były to ruchy tak banalne, jak założenie włosów za ucho. Miała wrażenie, że czas się zatrzymał i została tylko ta muzyka. Dźwięk odbijał się od murów zamku i drążył w szczelinach kamieni nadzwyczajne korytarze. Tak, jakby ktoś, kto po kilku wiekach przyłożył ucho do ściany i wysłuchał z powagą i cichą fascynacją drzemiącej w niej historii, tak Lilly słuchała tej gry, słysząc… Jacka. Nie jego głos. Jeśli kiedyś przyłożyliście ucho do czyjejś piersi i wsłuchaliście się w rytm jego serca i nagle zdaliście sobie sprawę, że odkryliście tego człowieka na nowo, zupełnie innego, zrozumiecie, co usłyszała Potter. Zobaczyła go od środka. Black spojrzał w jej rozszerzone, nieobecne oczy, uśmiechnął się i nagle zupełnie zmienił melodię. Jej oczy rozwarły się jeszcze bardziej. Coś wielkości piłki pingpongowej urosło jej w brzuchu. Teraz usłyszała… siebie. Tą ukrytą. Schowaną. Której nikt nie widział. Nigdy. A przynajmniej tak się jej wydawało. Ale skąd…?
Kiedy skończył grać, siedziała bez ruchu. Nieobecna. Zrozumiała, że prezent, który tym sposobem dał jej Jack, był o wiele bardziej wartościowy, niż ta cała głupia gitara.
- Utwór, Lilly, to niekoniecznie piosenka – wyszczerzył się – Czasem znaczy nawet więcej.
A propos gitary… Nie powiedziała mu, że sama takową posiada. Ale to nawet lepiej, jeszcze kazał by jej coś grać. A przecież ona wcale nie potrafi…
Zresztą nieważne. Na pytające spojrzenie Jacka odpowiedziała szeptem tylko:
- Jack… Postarajmy się, żeby również w tym roku Gryffindor nie zdobył Pucharu Domów, co?
- Masz to u mnie jak w banku, maleńka – wyszczerzył się chłopak.


*hikikomori - zjawisko alienacji nastolatków, najczęściej spotykane w Japonii, gdzie nastolatki są pod tak dużą presją społeczeństwa, że zamykają się w pokoju z komputerem i nie wychodzą. Wariacja i paranoja. Szerzej - google.
**nie wiem, czy obecnie "Nevermind the bollocks..." jest w wersji poprawionej, ale w czasach Lilly z pewnością tak :)

Eksperymentalna

komentarze [6]

15. Jack i Mabelle, dresy i krótkie włosy, olaboga!
niedziela, 29 czerwca 2008

Nie lubię was. Cztery??? No dobra, jak sobie chcecie, ale ominęło was najlepsze.
Dostałam się :)
I miłych wakacji życzę!
Papu

Uporczywe stukanie sowy w szybę było potwornie upierdliwe. Ale, co ją obchodziło. To przecież nie do niej.
Siedziała w dziwnej pozie w kącie kanapy, której resztę zajmowali Jack z Mabelle, konwersujący ze znaną sobie nawzajem zapalczywością. To znaczy, ze strony Jacka, który na stres reagował jeszcze większym niż zwykle entuzjazmem. Z kolei Mab siedziała rumiana jak dojrzałe jabłko, ze spuszczonymi skromnie oczętami, opowiadając swoim cichym, piskliwym, nieśmiałym głosem.
Mijały miesiące. MIESIĄCE! Ewidentnie trafił swój na swego, bo ani jedno, ani drugie nie było wstanie powiedzieć sobie nawzajem co tu się kroi. Nie, oni cały czas robili podchody, nie zbliżając się bardziej niż do tamtej pory, mimo, iż byli sobie bliżsi niż ktokolwiek inny.
A sowa stukała w szybę.
Ktoś wreszcie ulitował się i wpuścił biedne ptaszysko wraz z podmuchem ciepłego, majowego powietrza. Ptak zatoczył koło nad głowami zgromadzonych w Pokoju Wspólnym Gryfonów, narobił komuś na głowę, po czym, ku zdumieniu wszystkich, upuścił trzymany w szponach list prosto na podołek Lilly.
Podniosła zwinięty byle jak świstek, by przeczytać:
„Androidy atakują. Stop. Kapitan Planeta potrzebuje pomocy. Stop. Gęsi w schronisku złapały biegunkę. Stop. Nie pospieszysz się, a ten świat ulegnie autodestrukcji. Stop.
PS Patrz w prawo.”
Zmięła list w ręce i rzuciła za siebie. Kto inny pewnie by się zdziwił czytając coś takiego, ale nie Lilly. Wstała bez słowa do dwójki gołąbków, których i tak nic nie obchodziło poza sobą nawzajem. Popchnęła portret Grubej Damy i spojrzała w prawo.
Szare włosy. Szare oczy. Nawet skórę miał szarawą. A wyraz twarzy wyjątkowo wkurzony.
- Nie można po prostu: „Lilly, odbija mi.”? – spytała beznamiętnie.
Ian przeniósł na nią poniekąd poirytowane, poniekąd błagalne spojrzenie.
- Rozpaczliwie potrzebuję twojego towarzystwa. – odparł.
Potter uniosła nieco brwi.
- Naprawdę ci odbiło.
Ślizgon westchnął ciężko.
- Jestem poirytowany.
Cisza.
Podniósł na nią ponownie wzrok.
Ona stała niewzruszona, jak posąg, któremu leniwy rzeźbiarz zrobił twarz bez wyrazu.
- Wiesz, w normalnym scenariuszu druga osoba pyta się, dlaczego. – powiedział.
- Od kiedy ten scenariusz jest normalny? – odparła Lilly. – Poza tym, nawet jak się nie zapytam, to i tak powiesz, to po co się pytać?
- Racja.
Znowu cisza.
Dłuższa.
- Ale ja chcę to usłyszeć!
- Nie licz na to – mruknęła.
Machnął ręką zrezygnowany. Właśnie minęła ich grupka jakichś odpicowanych dziewczyn.
- Chodźmy stąd, bo gapią się na nas, jakbyśmy co najmniej byli Ślizgonem i Gryfonką, rozmawiającymi ze sobą.
- Ta, rzeczywiście. Ciekawe, dlaczego? - odparł, wstając lekko z zimnej posadzki. – Gdzie idziemy?
- Najlepiej przed siebie – usłyszał burkliwą odpowiedź.
Ruszyli. W dalszym ciągu milcząc. Lilly pozostawała jak zwykle obojętna, za to Ian wyraźnie szukał w głowie słów. Cisza niezbyt mu odpowiadała.
- Jestem wkurzony – powtórzył i spojrzał na nią wyczekująco. Potter szła zupełnie nie okazując zainteresowania. Westchnął. W końcu komuś musiał się wygadać – Ta szkoła to totalna porażka! Tu jest tyle dresiarstwa, że aż się duszę. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale z czworga złego to chyba wolałbym już wasz Dom – skrzywił się jakby rozgryzł witaminę C – Te wszystkie lumpy doprowadzają mnie do szaleństwa.
Lilly parsknęła. Ślizgon przeniósł na nią zdziwiony wzrok. Lilly i śmiech?
- Lumpy? – spytała z dziwnym wykrzywieniem warg, które jak się domyślił było swego rodzaju namiastką uśmiechu.
- No co?! – zawołał – Wiesz, ja jestem dżentelmenem i nie przeklinam przy kobietach. A znam dużo mocniejszych określeń, wierz mi.
- Wybacz, że ugodziłam w twoje ego – mruknęła widząc jego oburzenie.
- No nie! Ty też chcesz mnie wkurzyć? – spytał z udawaną złością.
- Nie umiem pocieszać ludzi w depresji.
Ian spojrzał na nią z dezaprobatą.
- Ok. Po prostu chodźmy gdzieś. Marzy mi się jakiś dobry rockowy kawałek.
*
- A wiesz co… W sobotę jest kolejny wypad do Hogsmeade, może byś tak… ze mną…? – Jack spojrzał na nią pytająco.
Mabelle zarumieniła się. „…Randka?”
- Hmmm, chyba można to tak nazwać – odparł Black.
- O jej! Powiedziałam to na głos? – zawołała dziewczyna, zakrywając usta dłonią.
- Tak się złożyło – uśmiechnął się Jack.
- To znaczy, że ty i ja… Że my… Będziemy…
- …parą? – dokończył za nią – No! – dodał zadowolony z siebie.
Gdyby słuchała tego Lilly, zapewne powiedziałaby, że to żałosne. Gdyby słuchała tego Jalil, pewnie wtrąciłaby nieśmiało, że jedna randka wcale nie świadczy o „chodzeniu ze sobą”. Gdyby słuchał tego pan Kracy, zapewne zacząłby się zastanawiać, czy Hogsmeade to dobre miejsce do zaczęcia przejmowania władzy nad światem.
Ale żadne z nich tego nie słyszało.
*
Gryffindor nie zdobył w tamtym roku Pucharu Domów, a Jacka rozpierała duma, bo najprawdopodobniej była to jego zasługa. Gryffindor nie zdobył również Pucharu Quidditcha, z czego Lilly odczuwała dziką satysfakcję, gdyż stało się tak głównie dzięki jej staraniom. Ravenclaw nie zdobył w tamtym roku najlepszego wyniku w Sumach, za co czuli się winni zarówno Nigel, jako, że głowę zamiast nauką miał zaprzątniętą czym innym i Jalil, która była tą miotłą do jego makówki.
Mimo wszystko para nie wyglądała na za specjalnie przejętą i korzystając z ostatnich godzin razem zajmowała się sobą zawzięcie. Mabelle i Jack, nieśmiałe dzieci, wzorowały się na bardziej doświadczonych, z nieco mniejszą, ale równie upierdliwą namiętnością. Lilly siedziała w kącie przedziału i udawała, że jej nie ma. Choć tak naprawdę istniała tam tylko fizycznie. Myślami była gdzieś daleko, gdzieś ponad gęstą puszczą, ponad malowniczym szkockim krajobrazem, ponad wszystkim i ponad niczym. Była i jej nie było. Jakby nirwana. Odwrotnie. Bo oto Hogwart się kończył na dwa długie miesiące.
Pan Kracy zaczął siać mrok i zniszczenie od wózka z jedzeniem.
*
- Lilly, na miłość Boską, coś ty zrobiła z włosami?!
- Ścięłam. I nie wzywaj Boga, jak w niego nie wierzysz – mruknęła w odpowiedzi.
- A-ale dlaczego?! To były takie piękne, długie… - Ginevra załamała ręce. Harry również nie wyglądał na zadowolonego. Nie było dla Lilly cudowniejszego obrazka.
Mimo wszystko odwróciła wzrok i spróbowała po raz ostatni spojrzeć na przyjaciół. Gdzieś w tłumie zauważyła Jacka, potulnie podążającego w stronę pani Kettlemerre. Pochwycił jej wzrok i puścił oczko. Jalil witała się arabsko z arabskimi rodzicami, próbując ukryć rumieńce pozostawione przez Nigela. On sam uśmiechał się głupkowato, zmierzając do wysokiej, szczupłej kobiety z rozbieganym spojrzeniem i tęgiego wąsacza wyglądającego, jakby zaraz miał wybuchnąć. Czemu on zawsze był taki spokojny? Paradoks.
Iana nie zobaczyła. Szara czupryna mignęła jej gdzieś ponad kolorowym tłumem, ale nie zdążyła się pożegnać choćby spojrzeniem. Zresztą, czy naprawdę jej na tym zależało?
Ruszyła za braćmi w stronę magicznej barierki. Hogwart… Dlaczego nie był jej obojętny, jak wszystko inne?

Eksperymentalna

komentarze [10]

14. O tym jak Żwirek z Muchomorkiem ten tego...
środa, 28 maja 2008

Nowa. Wybaczcie, mrok sączy się z moich głośników ze zbytnim natężeniem, by napisać coś odkrywczego. Na przykład żenujący żart prowadzącego, ha ha.
Pozdrowienia od Rosa Crux i Lostprophets.

mniam mniam.


Miesiące mijały powoli. Styczeń był już i tak wyjątkowo globalnie ocieplony i rozpuszczony, więc tylko przejmująco zimny wiatr, którzy przytaczał się raz na jakiś czas ze strony nie rozpuszczonych jeszcze lodowców przypominał zabieganym uczniom, że w gruncie rzeczy jeszcze jest ZIMA. Pierwszy miesiąc roku 2022 przewalił się w zasadzie dość szybko i w zasadzie bez większych rewolucji. Jedyne, co go wyróżniało od reszty miesięcy to tylko problemy sercowe Jacka oraz przegrany przez Hufflepuff mecz z Ravenclaw’em, który automatycznie ustawił Puchonów na samym dole tabeli, dużo pod Gryfonami, którzy mieli wówczas miejsce trzecie. Szanse Gryffindoru na Puchar w tym roku wzrosły więc nieznacznie, chociaż wciąż zdawały się być jedynie mglistą mrzonką wiecznie naćpanego kapitana drużyny.
Z kolei luty przyniósł walentynki, które dla Lilly wyglądały o tyle inaczej od poprzednich, że Jack wzdychał jej przez całe popołudnie nad głową, a Jalil wróciła dopiero późnym wieczorem z głupawym uśmiechem na twarzy. Związek Arabki z Nigelem ogólnie rzecz ujmując przypominał kiepsko napisany scenariusz komedii romantycznej, w której największą atrakcją i urozmaiceniem są w zasadzie znakomicie skrojone charaktery głównych bohaterów(niahaha, nie ma to jak skromność <- przyp. autor.). Sitcomowe gagi, wpadki, łzy z powodu nieporozumień i nagłe wybuchy radości i entuzjazmu towarzyszyły obojgu przez cały czas trwania znajomości. Nie był to oczywiście typowy związek dla Hogwartczyków, polecający na lizaniu się po kątach i przeżywaniu krótkotrwałych uniesień wiadomej przyczyny, ale jakby sen, love story z serialu, burzliwe, a jednak względnie szczęśliwe.
Zaraz przyszedł marzec, a Nigel, typowym dla Krukona sposobem zapomniał o bożym świecie, całkowicie pogrążony w nauce do Sumów. Tak więc do wzdychającego Blacka dołączyła wzdychająca Jalil, a włosy Lilly latały na podmuchu miłości z ich ust z prędkością 10 w skali Beauforta. Potter chodziła więc bardziej poirytowana faktem swojej egzystencji niż zwykle, a tej jedynej w jej życiu emocji dokładał jej jeszcze kapitan drużyny Dumbfase, łażący na nią krok w krok i tłumaczący jak pastuch krowie na klepisku, żeby złapała znicza TYLKO kiedy zdobędą ponad 70 punktów, bo to może zapewnić im szansę na Puchar. Martin nie rozumiał, a może po prostu jego wyżarty trawką i LSD mózg nie przyswajał faktu, że Lilly pojęła jego wypowiedź za pierwszym razem i nieustające przypominanie wprawiało ją w wampirzy nastrój. A wiadomo, że złość wywołuje niezbyt pożądane i przemyślane sytuacje.
*
- DO KURWY NĘDZY! – wydarł się Dumbfase, kiedy drzwi szatni zamknęły się za ostatnim zmęczonym członkiem drużyny. Podczas, gdy na boisku należało zachować godny Gryfona honor, w tym cichym i nieprzyjemnie pachnącym zakątku mógł spokojnie bawić się w farmera i robić bydło.
- Nie przeklinaj, kurwa. – mruknęła Jasmine, opadając bezwładnie na ławkę.
- Z PUCHONAMI?! Z… - urwał, załamując ręce. – Mamy czwarte miejsce w tabeli. Po raz pierwszy od… od… - dokończył tak cicho i tak żałośnie, że drużynie zrobiło się go nawet żal, mimo, iż za specjalnie za nim nie przepadali.
Zapadła dzwoniąca w uszach (po rykach Martina) cisza, przerywana jedynie bulgotaniem czyjegoś gardła chłepczącego chciwie wodę oraz szelestem ściąganej przez Lilly, oczywiście zupełnie nie przejętej tym całym rozgardiaszem, szkarłatnej szaty do quidditcha. Właśnie te dźwięk, prawie niesłyszalny, doprowadził do kolejnego wybuchu kapitana drużyny.
- To twoja, kurwa, wina! – krzyknął, pokazując na najmłodszą Potter.
- Uspokój nerwy. – odburknęła obojętnie, odpinając nagolenniki.
- Miałaś go przed nosem! Przed nosem! To trzeba być, kurwa, zidiociałym kretynem, żeby…
Umilkł nagle, gdyż chuda, blada i potworna twarz Lilly znalazła się nagle tuż przed jego fizjonomią, a w szare oczy wbijała się przeraźliwa żądza mordu i okrutne igiełki zimnego gniewu, wysyłane prosto przez złote oczy.
- Jeszcze jeden epitet… - szepnęła. W jej głosie nie było groźby, ostrzeżenia, złości. Nie było w nim niczego. I to właśnie sprawiło, że gęsia skórka pokryła nie tylko zamurowanego strachem kapitana.
Martin cofnął się odruchowo i postanowił nie drążyć tematu o użyciu obraźliwych wyrażeń. Zamiast tego zaczął ponownie:
- Mogłaś go złapać! Dobrze wiesz, że mogłaś! Mielibyśmy przynajmniej trzecie miejsce! Ale nieee… Jaśnie pani Potter z niewiadomego powodu wisiała nieruchomo jak, kurwa, wisielec na suchej gałęzi.
- Informacja z ostatniego tygodnia: uczeń siódmego roku Martin Dumbfase molestuje psychicznie uczennicę czwartego roku Lilly Potter, przypominając jej non stop, że może złapać znicz tylko i wyłącznie wtedy, kiedy Gryffindor zdobędzie ponad 70 punktów, bip bip, koniec transmisji, amen. – skończyła równie monotonnym głosem jak rozpoczęła całą wypowiedź.
- Tak było. – pokiwał głową Jack, wymachując pałką. On również niezbyt się przejął tym meczem, co było dość niebywałe – nie przejęty i Jack to dwa wykluczające się wyrażenia. Black’a wbrew pozorom cechowała dość wysoka inteligencja i od samego początku wiedział, że są skazani na porażkę. Zwłaszcza, że wczoraj drużyna hucznie obchodziła urodziny ścigającego.
Martin stał otwierając i zamykając usta. Biednego chłopaka przytkało, gdyż zdał sobie sprawę, że logicznie rzecz ujmując to wszystko to JEGO wina. Jest takim beznadziejnym kapitanem. Nikt go nie rozumie. Zaszlochał cichutko i oznajmił ze wzrokiem wbitym w podłogę; przydługa, farbowana grzywka zakryła mu oczy:
- Idę się pociąć. Nikt mnie nie kocha…
Cała drużyna (oprócz Lilly) potoczyła za nim nieco przymulonym wzrokiem. Pełną konsternacji ciszę przerwał wreszcie beznamiętny głos czarnowłosej:
- Podręcznikowy okaz Emo. – zarzuciła miotłę na ramię. – Idziesz, Jack?
- Coo? – Jack obserwował zafascynowany Dumbfase’a, jako pierwszy żywy okaz tego gatunku*. – A, tak, jasne.
- My też chyba powinniśmy iść. – mruknął James do swoich kilkumetrowych kumpli(James skłaniał się z wiekiem coraz bardziej ku wizerunkowi Punka, więc za punkt honoru miał dołożenie przedstawicielowi wyżej niż wyżej wymienionej subkultury. <-przyp. autor.) – Trzeba tu komuś przypieprzyć.
*
Przy zamku, w okolicach głównego wejścia dostrzegli Mabelle, rozmawiającą z ich kolegą z klasy, Davidem. W chwili, gdy ich zobaczyli, Mab śmiała się z jakiegoś żartu Gryfona, rumiana jak dojrzałe jabłko.
- Hyyyy! – Jack gwałtownie wciągnął powietrze w nagłym przypływie frustracji. – Mam złamane serce!
Uwiesił się żałośnie na ramieniu Lilly, wolną ręką zgniatając koszulę na swojej piersi. Jego jęk skrzywdzonej duszy potoczył się echem po błoniach. Mabelle gwałtownie odwróciła głowę i zbladła. Szybko pożegnała się z Davidem, który odszedł w kierunku swoich koleżków i podbiegła do dwójki dzieci specjalnej troski z przejętą miną.
- Jack! Coś ci się stało? – spytała, patrząc na umierającego chłopaka.
- „Pękło cne serce! Dobranoc, mój książę.” – odparł Black z wyniosłą miną.
- Co? – stęknęła skonsternowana szatynka. Lilly westchnęła oddechem „ja jestem już przyzwyczajona, że ten głupek zaskakuje ludzi Shakespeare’m”.
- „Miłość, na oko łagodna, w istocie bywa jak pantera głodna! I chociaż ślepa, drogi przyjacielu, najkrótszą drogą podąża do celu.” – wydeklamował.
- Masz gorączkę? A może… Tamto uderzenie kaflem było dość mocne… - zaczęła się zastanawiać Mabelle, przykładając dłoń do Jackowego czoła. – Ciepły jesteś.
Chłopak zarumienił się pod jej dotykiem. Lilly najchętniej by ich opuściła, by mogli w spokoju poddać się romansowaniu, gdyby nie fakt, że Black w dalszym ciągu na niej wisiał. Tymczasem na horyzoncie pojawili się Ślizgoni, w tym Malfoy. Dziewczyna poczuła, ze zbiera się jej na wymioty na widok białawej czupryny.
- Romek, Julka, chodźcie z pola promieniowania ultraśliskiego. – mruknęła, ciągnąc Mabelle za łokieć.
- Co? – spytała po raz kolejny Graylore. Zdecydowanie, dłuższe przebywanie z tą dwójką nie wypływało dobrze na niczyją psychikę.
Szatynka dopiero po chwili zorientowała się, że Potter chodziło o uczniów Slytherinu. Myśląc o nich i obserwując powiewające na delikatnym wietrze krótkie kosmyki czarnych włosów nietrudno było nie skojarzyć pewnego faktu:
- Lilly, kiedy zamierzasz zemścić się na tych Ślizgonkach? – spytała, cały czas obserwując wyraz twarzy dziewczyny.
Wyraz twarzy, który nie zmienił się nawet o namiastkę grymasu.
- Och, ja już dawno wprowadziłam swój plan w życie. – oznajmiła bez emocji.
- Co? I nic mi nie powiedziałaś? – Jack wyraźnie się ożywił i obejrzał przez ramię – Ale… One nie wyglądają na jakoś specjalnie uszkodzone.
- Pomyśl: gdyby cokolwiek im się stało, na kogo spadłyby od razu wszystkie podejrzenia?
- No na ciebie. – odparł niemalże natychmiastowo.
- Albo na ciebie.
- Więc… Na czym polega twój wspaniały plan? – spytał.
- Na molestowaniu psychicznym. – Lilly uśmiechnęła się z rozkoszą. Mabelle mimowolnie się wzdrygnęła.
Wyczuwając znak zapytania w falującej ciszy postanowiła podzielić się z nimi swoim sekretem.
- Czy wy widzieliście, jak one się na mnie patrzą? Jak za każdym razem łapią się za włosy, nawet gdy nic ich nie ciągnie? Jak ciągle oglądają się za siebie? Jak co rusz zaciskają palce na różdżkach? Jak nigdzie nie ruszają się samotnie? Jak rzucają wokół wystraszone spojrzenia? Jak uciekają ode mnie jak najdalej? Są przerażone moją osobą. Boją się postawić krok, bo czują, że mogę czyhać za rogiem i je zjem. Tymczasem mi wystarczy jedynie widok, jak one się męczą. Od czasu do czasu spojrzę się na nie moim „przemrocznym” spojrzeniem albo udam, że wykonuję jakoś nieprzychylną dla nich czynność. I już. Będą żyć w tym strachu do końca edukacji. Czyż to nie cudownie? – powiedziała zupełnie monotonnym i znudzonym głosem.
Mabelle patrzyła na nią z otwartymi ustami, w jej orzechowych oczach widać było mieszaninę strachu i… niedowierzania, że można kogoś doprowadzić do początków obłędu nie robiąc po prostu NIC. Z kolei Jack uśmiechał się po trochu z podziwem, po trochu z typowym dla siebie rozbawieniem. Nagle jego wyraz twarzy zmienił się diametralnie. Przeniósł załamany wzrok na swoją miotłę i zaklął cicho.
- Zapomniałem jej odnieść do schowka. – powiedział ewidentnie przybity perspektywą wracania się „taki kawał drogi”.
- Ok, zrozumiałam aluzję. Masz, – powiedziała Lilly, wręczając mu swój śliczny, nowy (od tatusia, który podniecony wizja córeczki w drużynie po raz pierwszy od niewiadomego czasu kupił jej na urodziny coś, co nie było heavymetalową płytą) TurboSpeed 13 i zabierając jego starą jak świat szkolną Błyskawicę – tylko nie rozwal po drodze.
- Jaką aluzję? I od kiedy ona taka uczynna? – mruknął, odprowadzając karykaturalnie chudą sylwetkę wzrokiem. Przeniósł wzrok na Mabelle i nagle zrozumiał. Tak gwałtownie i dobitnie, że rumieniec wskoczył na jego policzki, wykrzywione głupawym uśmiechem.
*
- Cześć Potter! – zawołał irytująco przeciągając samogłoski.
- Mówisz jak jakiś cholerny gość ze spotkania AA… - odburknęła Lilly w odpowiedzi, zanim zorientowała się, że mówi do MALFOYA. – I spieprzaj. – dodała niemalże natychmiastowo. To było takie standardowe przywitanie się z blondynem.
- Oj daj spokój. Wiem, że nie możesz beze mnie żyć. – powiedział niebezpiecznie się do niej przybliżając. Wciąż wydłużając samogłoski. I poruszał się jakoś tak dziwnie.
Stali na krużganku zamku. Nasz kochany zombiaczek wracał właśnie po odniesieniu miotły przyjaciela, gdy zza marmurowej kolumny wyskoczył jak Filip z konopi Scorpius Malfoy, wyglądający jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Nie można powiedzieć, że był brzydki, nie. Ale czy przystojny chłopak nie wyglądałby bosko oświetlony przez złote południowe słońce, otulony kurzem mieniącym się pięknie dzięki efektowi Tyndalla? Nie, Scorpius wyglądał po prostu obleśnie.
- Powtórzę jeszcze raz i źle się to dla ciebie skończy. – mruknęła beznamiętnie.
- Też cię kocham. – puścił jej całusa w powietrzu. Nagle poczuła silny odruch wymiotny.
Lilly, nie wysilając się na dalszą konserwację, nie emocjonując się zbytnio wyciągnęła różdżkę i skierowała jej czubek prosto w nasadę nosa stojącego przed nią przygłupa. Przestrach momentalnie wskoczył na jego facjatę. Potter otwierała usta by coś z siebie wydobyć, gdy ktoś zawołał:
- Spokój, dzieciaki!
Na dźwięk drugiego z tych dwóch słów Lilly nie opuszczając ręki przeniosła różdżkę, celując w kierunku, z którego doszedł dźwięk. Nie zdziwiła się zbytnio widząc Iana, który stał ze swoim aroganckim wyrazem twarzy i wyglądał w zasadzie zabawnie – szary od stóp do głów, na tle tańczących promieni.
- We mnie celujesz? We mnie? – spytał z uśmiechem.
Opuściła różdżkę. Scorpius westchnął teatralnie i przemówił swoim dziwnym tonem, wykonując przy tym jakby lekceważący ruch ręką. Potter obserwowała go ze średnim zainteresowaniem, jednak zastanawiała się wciąż z czym kojarzy to głupawe zachowanie.
- Och, co on ma w sobie takiego, czego ja bym nie miał?
Oboje – Kennedy i Lilly – spojrzeli na niego z uniesionymi brwiami i odparli jednocześnie:
- Jaja.
Malfoy o dziwo nie rzucił jakimś ironicznym, godnym tatusia tekstem ani zaklęciem, tylko zrobił obrażoną minę i odszedł. Ruszał się jakoś tak… dziwnie.
- Kurwa. – mruknął Ian, kopiąc w kolumnę. – To skandal, żeby ktoś taki był akurat w moim domu.
- Przecież to u was leży w tradycji, że im większy sukinsyn, tym godniejszy miana Ślizgona. – odparła. Ian uśmiechnął się, jakby usłyszał komplement, po czym skrzywił się znowu.
- Tak… Ale nie pedzio. – odpowiedział z goryczą.
I stała się światłość. I Lilly widziała, że światłość wcale NIE JEST dobra.
*
To był wbrew pozorom POWAŻNY problem dla Scorpiusa. Jak wiadomo, nikt go nie lubi, nawet autorka, ale nie koniecznie śmieszny jest fakt, że ktoś (mężczyzna) odkrywa w sobie kogoś innego (kobietę). Trudno to ukryć. To tak jakby chcieć schować glutowatą substancję do sitka o znacznie mniejszej pojemności niż objętość rzeczonej. To zawsze wyjdzie na jaw.
No dobrze, powiedzmy, że chodzi się do normalnej, publicznej szkoły, gdzie znajomi widzą się przez pół dnia pięć razy w tygodniu. Ale w internacie? Po pięć osób w pokoju?
Do tego dochodził jeszcze problem ojca. Casanova z Wilanowa, który zaliczył chyba wszystkie panienki ze swojego rocznika i jeszcze parę z innych. Odpuśćmy sobie, że tchórz bez jaj. Ale kobieciarz. Ze znamienitego, szlachetnego (sic!) rodu Malfoy’ów! A tu taki syn!
To może się wydawać śmieszne. Głupie. Ale nie dla Scorpiusa, który zwarł włosy z głowy. Za późno się zorientował, że coś jest nie tak. A może to tylko przejściowe? Może to tylko dojrzewanie? Póki co koledzy nie zbliżali się na bliżej niż dziesięć metrów. Tylko dziewczyny wyraźnie go polubiły.
Ale ojciec się dowie. Ojciec na pewno SIĘ DOWIE. A wtedy… Wtedy to będzie koniec.
*
Jeśli Szanowny Czytelnik myśli, że Lilly przeżywała właśnie wewnętrzną rozterkę, ponieważ odkryła, że jej najgorszy wróg (czyt. najbardziej wkurzająca osoba w szkole) ma poważny problem, a ona, jako świadoma jego bólu i rozterki, powinna wyciągnąć ku niemu rękę, to się myli. Lilly miała wszystko gdzieś. Lilly nie była wrażliwa. To nie to opowiadanie.

jak chcecie być informowani, to siup do księgi. ile można powtarzać?
Eksperymentalna

komentarze [4]

13. After party... head hurts.
środa, 23 kwietnia 2008

Wielkie I'M SORRY za moje opie...anie się i porzucenie was na jakiś czas :]. Niestety wynikło to z pewnej sytuacji, wyjątkowo nieprzyjemnej, jaką jest egzamin g., a także z innej, o której nie powiem, bo nie wasz interes.
Dobra, żartowałam z tym drugim :P
Notka to tylko taki przerywnik w sumie, albowiem jest ino wstępem do dalszej jednakowoż części.
Kurde, zawsze dostaję fazy jak tu wchodzę xD

Jedzcie z tego wszyscy, smacznie i zdrowo.


Pokój Wspólny Gryffindoru wyglądał w tę niedzielę prawie tak samo, jak pokoje wspólne pozostałych domów. Uczniowie, którzy zwlekli się z łóżek wiedzieni jakimś paranormalnym impulsem, leżeli w przeróżnych miejscach pomieszczenia jak ubrania porozrzucane przez wyjątkowo typową nastolatkę. Niektórzy leczyli kaca pospolitusa, inni kaca moralnego, inni niewyspanie, jeszcze inni co gorszego. Cisza, poprzerywana pojedynczymi rozmowami prowadzonymi słabymi głosami, była dziwnie przyjemna, lekka, acz pachnąca alkoholem sprzed kilku godzin wydającym się wszystkimi porami spragnionych niedojrzałej dorosłości dzieciaków.
Lilly leżała na wznak na kanapie, nie zważając na to, że zajmuje całą jej powierzchnię, ani na zniesmaczonych tymże faktem pozostałych Gryfonów. Jalil drzemała zwinięta w kłębek w drugim kącie sofy, w nogach przyjaciółki. Jack natomiast wisiał przewieszony przez oparcie i rozmyślał w półśnie.
- Hej Lilly! – zagadnął Hugo Weasley tonem denerwująco zbyt radosnym.
- Jam ci jest. – mruknęła wyżej wymieniona.
- Słuchaj, nie wiesz czemu nasi starzy tak nagle odmówili współpracy? W sensie wiesz jakim. Pierwsze święta poza domem. – powiedział, usadawiając się wygodnie na podłodze.
Lilly przeniosła na kuzyna niezbyt zainteresowane spojrzenie.
- Daj spokój Rudej, Hugo. Ją to zapewne bardzo obchodzi. – mruknął James, masując skronie.
- A wy wiecie? – zwrócił się do braci Potterów.
- Nam napisali tylko, że jadą dość daleko do jakiejś rodziny, nie wiem, dziesiąta woda po kisielu, korzystając z okazji, że my mamy bal. – powiedział Albus ukryty gdzieś za fotelem.
- Al jest na bieżąco, piszą do niego codziennie. – uśmiechnął się ironicznie James.
- Zamknij się! – zawołał młodszy brat.
- A co, może nie? – spytał starszy Potter, przeginając się przez oparcie.
- Och, ściśnijcie. – burknęła Lilly, zamykając oczy.
- Wow, Lilka się odezwała. – wyszczerzyła się Rose, siadając koło brata.
- Ty wiesz? – zapytał Hugo siostrę.
- Tyle co i wy. I oprócz tego to, że blefują.
- Coo? – zainteresował się Albus.
- Wiosło. Nie wydaje ci się, że wujek Harry nie ma chyba żadnej żyjącej rodziny? A ciocia Ginny ma, owszem, całkiem niezłe drzewo genealogiczne, podobnie jak mój stary, ale obydwoje nie są zbyt rodzinni? Zresztą, należymy do „zdrajców krwi”? – powiedziała ruda dziewczyna takim tonem, jakby wszystko było oczywiste, a oni takimi ciemniakami, że nie są w stanie tego zrozumieć.
- Teraz to już nieaktualne. Czystość krwi i w ogóle. – odparł James.
- Czy wy w ogóle czytacie Proroka? Być może to ma związek z ich ostatnio dziwnym zachowaniem. – zawołała, machając mu przed nosem gazetą. Czarnowłosy chwycił ją i przybliżył do twarzy, mrużąc przy tym potwornie oczy.
- Czy ty aby nie potrzebujesz okularów? – spytał Hugo z uśmiechem.
- Tylko ofiary noszą okulary. – mruknął.
- Sam jesteś ofiara! – zawołał Albus, poprawiając oprawki na nosie.
James zignorował brata i zaczął czytać na głos artykuł:
- „WSPÓŁPRACA NIE DO KOŃCA NA DOBRE
Zgodnie z ustawą o Równości Ras oraz współpracy Ministerstwa Magii z mugolskim rządem, świat stał się otwarty dla czarodziei i niemagicznych. Jednakże czy bajka o współżyciu w zgodzie i wzajemnej tolerancji może stać się rzeczywistością? Być może z magicznej strony owszem – czarodzieje od dawna żyli obok Mugoli, ukrywając rzecz jasna swoją tożsamość, lecz radząc sobie z ich dziwnymi zwyczajami. Teraz, gdy magia jest dozwolona do użytku publicznego, czują się o wiele bardziej komfortowo i wyrażają chęć współpracy z niemagicznymi.
Dla Mugoli nagłe objawienie prawdy okazało się rzecz jasna szokiem, przez wielu branym początkowo za głupi żart. Z biegiem czasu przyzwyczaili się jednak do magii i zgodnie z ludzką naturą uczą się wykorzystywać ją do swoich celów. Dawne spory, demonstracje i rewolucje pozostawiły ślad jedynie na kartach historii.
Wciąż dochodzi oczywiście do wielu sporów na tle rasowym, lecz nie zapowiada się jakaś gwałtowna akcja ze strony opozycji. Obawy obu stron zostały rozwiane – współpraca jest możliwa.
Wyjątek stanowią jednak pewne niepokojące wydarzenia ostatnich dni. Otóż ‘Prorok Codzienny’ potwierdza, że krążące plotki o nowych organizacjach: czarodziejskiej i mugolskiej okazały się prawdą. Są to stowarzyszenie nielegalne, i dość niebezpieczne. Ustawy przed kilku lat mówią wyraźnie, że użycie magii wobec Mugola, nawet niegroźnej, jest surowo zabronione, tak samo, jak zastosowanie przez niemagicznych ich sprzętów wobec ludności czarodziejskiej.
Póki co Ministerstwo oraz policja otrzymuje donosy o niezbyt poważnych przestępstwach i łamaniu powyższych praw. Warto zwrócić jednak na nie uwagę. Czy mamy do czynienia z groźnym ruchem przeciwnych obozów opozycji czy po prostu ze zwykłą naturą ludzką? Czy to już zorganizowane grupy czy rozproszeni, niezbyt groźni przestępcy? Cóż, na razie to tylko pytania. Miejmy nadzieję, że odpowiedź nie potwierdzi naszych obaw.”
Kiedy James przerwał czytanie zapadła cisza; cała liczna rodzina zastanawiała się nad ukrytym sensem właśnie usłyszanych słów. Rose myślała gorączkowo, co chwila otwierając usta, jakby nagle ją olśniło, i zamykając je ponownie, by znów coś przemyśleć. James biegał oczyma w te i z powrotem po artykule. Hugo kiwał się w tył i w przód, czekając aż któreś z rodzeństwa wpadnie na coś genialnego. I wpadło.
- A co ma piernik do wiatraka? – mruknęła Lilly, nie zmieniając obojętnego wyrazu twarzy. Dotychczas wszyscy myśleli, że zgodnie ze swoim zwyczajem jest gdzieś daleko i ma wszystko jeszcze dalej.
- Wiatrak się może spierniczyć, na przykład. – wymamrotał Jack w półśnie.
- Jak to co? Prawdopodobnie pojechali coś wyjaśniać, albo badać, albo… - zawahała się Rose.
- Ale to nie są ich resorty. – wtrącił Albus.
- Jak nie, jak tak. – powiedział James.
- No przecież, że nie! – zawołał Hugo.
Rozpoczęła się debata o tym, gdzie i w jakim celu wyjechali (i czy w ogóle) Weasley’owie i Potterowie, debata, która z każdą chwilą nabierała żywiołowości i skręcała na przeróżne tory, począwszy od wyżej wspomnianego, a na brudnych skarpetkach skończywszy. Kres nieco zbyt głośniej i upierdliwej dla Lilly dyspucie położył pan Kracy, który uganiając się za czyimś szczurem zrobił w Pokoju Wspólnym takie piekło, jakie się nawet Lucyferowi nie śniło.
Tymczasem, ani młodzi, ani ich rodzice, którzy w rzeczywistości postanowili spędzić upojne święta w Paryżu z Absyntem i jacuzzi, nie mieli pojęcia, co właściwie się zapowiada i jaki skutek odniesie na ich spokojne i nudne jak flaki z olejem życie. Prawdę mówiąc ja też nie mam. Ale coś wymyślę.
*
Po rewolucji kulturowej z 2010 roku Hogwart zmienił się nie do poznania. Czarodzieje zdali sobie WRESZCIE sprawę, że pomimo zdobywania dużej wiedzy magicznej uczniowie to kompletne tępaki. Dzieci mugolskiego pochodzenia uczęszczały owszem do szkół angielskich, ale cóż może dać te kilka lat podstawówki? Cóż, na pewno więcej niż czarodziejom, którzy patrząc pogardliwie na lub niemagiczny uczyli dzieci czytania i pisania w domu. Ale spróbowałbyś zapytać się przeciętnego ucznia Hogwartu kto to był Pitagoras lub jak się odmienia „kot’ przez przypadki, odpowiedziałaby ci pełna zakłopotania cisza.
Tak więc władze szkoły podjęły decyzję o zmianie programu nauczania oraz kadry nauczycielskiej, w której pojawiły się takie osobistości jak mugolscy angliści, matematycy czy biolodzy. Takie przedmioty jak właśnie biologio-chemio-fizyka, zwana „Nauki przyrodnicze”, matematyka czy język angielski dołączyły do przedmiotów obowiązkowych do szóstej klasy włącznie. Plan lekcji młodzieży hogwarckiej poszerzył się znacznie, podobnie jak podniósł się poziom nauczania. Tak więc uczniowie, którzy i tak ledwo mogli nadążyć za rozbudowanym programem, musieli jeszcze uczestniczyć w obowiązkowych warsztatach obronnych oraz radzić sobie z zalewającymi ich tonami prac domowych. Żyć nie umierać.
Lilly siedziała na Historii Magii i Świata (to się również zmieniło, gdyż dzieciaki nie wiedziały, kiedy wybuchła II wojna światowa) i odrabiała lekcje z innych przedmiotów, korzystając z tego, że Jalil skrupulatnie notuje wszystko i chętnie użycza notatek przed sprawdzianem. Właśnie kaligrafowała cyfry pewnego długiego jak pociąg towarowy działania, gdy głowa Jacka osunęła się z podtrzymującej ją pięści i opadła jej na ramię.
- Kurde, co ty w nocy robisz zamiast spać? – spytała i machnęła różdżką, by usunąć niezbyt piękną plamę z atramentu na pokrytej równiutkim pismem kartce. W efekcie zniknął nie tylko kleks, ale również cała praca Potter.
- Kuźwa. –mruknęła.
- Cierpię Lilka! – szepnął żałośnie Jack, targając swą czarną czuprynę w geście rozpaczy.
- To potworne. – odparła bez emocji.
Jack westchnął.
- Zakochałem się.
- Idź do skrzydła szpitalnego, potrafią wyleczyć każdą chorobę.
Black podniósł na nią zrezygnowany wzrok.
- Wiedziałem, że nie zrozumiesz. – jęknął żałośnie. Lilly zauważył ostry wzrok nauczycielki, więc obsunęła się i z twarzą schowaną w skrzyżowanych na ławce ramionach spytała:
- Kim jest ta nieszczęsna niewiasta?
- A skąd wiesz, że niewiasta? – wyszczerzył się przyjaciel.
Odpowiedziało mu ociekające irytacją milczenie. Po chwili Lilly powiedziała na cały głos:
- Mabelle Graylore.
- Skąd wiedziałaś??? – wrzasnął Jack. Cała klasa spojrzała na niego z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. Nie mniej zaskoczona była sama Mab, która kierując w stronę wyciągniętej ręki Potter pożyczoną wcześniej butelkę atramentu spłonęła rumieńcem po cebulki orzechowych włosów.
- Minus pięć punktów dla Gryffindoru! – powiedziała profesorka. – I miło by było, gdybyś się wreszcie zamknął, Black.
- Ok, ok! – odparł Jack, pokazując skonsternowanej nauczycielce znak pokoju.
- Serio? – spytała półgębkiem chwilę później.
- Tak! – stęknął, ponownie ukrywając twarzy w dłoniach.
- A skąd wiesz, że to… to?
Chłopak spojrzał na nią jakby widział coś takiego jak Lilly Potter po raz pierwszy.
- Bo wiem, nie? To się wie! Co nie? – spytał z nadzieją, że pomoże mu rozwikłać nękające go wątpliwości.
Lilly spojrzała na niego swoim idealnie obojętnym spojrzeniem. Była raczej ostatnią osobą, którą pyta się o TAKIE rzeczy. Spojrzała na Mabelle. Było w tej cichej myszy coś ładnego, ale nie była jakąś tam pięknością, przy której zwykłe zadurzenie wchodziło by w grę. Ot, mały nos, może nieco za mały, fizjonomia w ogóle niezbyt interesująca, dziewczęca, acz nijaka, blada, bezbarwna. Brązowe włosy, proste, obcięte całkowicie na równo, rozpuszczone przez większość czasu. Postura zgrabna, ale pozbawiona gracji czy pewności siebie. Z wyglądu nie zachwycająca. Być może to jest jednak TO. Czyżby Jack rzeczywiście wyczuł te fale magnetyczne minus, gdy jego były ewidentnie na plus? Czyżby ich częstotliwość była tak podobna, że nawet ta niezbyt rozwinięta, acz długotrwała znajomość wreszcie odkryła swoje prawdziwe podłoże? To, że Graylore podobał się Jack wiedzieli wszyscy za wyjątkiem jego samego oczywiście. To, że on nagle zainteresował się Mabelle wiedziała tylko Lilka. Ale nie chciała mówić mu tego, co dla wszystkich było oczywiste. Sam do tego dojdzie. Dwie połówki jabłka dojrzewające na jednej gałązce w końcu się scalą, dojrzeją i jak pierdyknął go w głowę, tak się od razu domyśli, że szczęście od dawna miał przed nosem.

UWAGA!!
W menu dostępny jest Zestaw śniadaniowy wszystkich bohaterów, chętnych zapraszam.
JEŚLI MAM CIĘ INFORMOWAĆ O NOTKACH, TO WPISZ SIE DO KSIĘGI ALBO ŻEGNAJ MÓJ MŁODY PADAWANIE!
i tyle ;]
Eksperymentalna

komentarze [14]

12. Faceci w kieckach i dzikie orgie.
poniedziałek, 24 marca 2008

Wybaczcie chwilową przerwę w dawaniu znaków życia, ale miałam (i mam) nieco spier..ne życie, więc nie miałam czasu, humoru i dostępu do internetu ;]. Tymczasem zdążyłam zrobić niespodziankę dostępną po notką i obejrzeć film, zawierający słuszną prawdę: Adam był dla Boga tylko wprawką, dopiero Ewa mu się udała. Tak... Więc życzę wesołych świąt, które już minęły i przepełniona jakże optymistyczną muzyką Haggarda (gothic metal, jakże słodko ^.^) zapraszam na nową notkę, amen:


Obudził ją odgłos lejącej się wody, zapinania suwaków i dzikie wrzaski. Otworzyła jedno oko. W pokoju trwała krzątanina. Dziewczyny malowały się, czesały, pudrowały, perfumowały, ubierały i krzyczały. W pół do siódmej. Wieczorem.
- Dzień dobry, dziwaku. A raczej: dobry wieczór. – mruknęła ironicznie Rachel. Pan Kracy drapnął ją w nogę i w tym momencie wbiła sobie kredkę prosto w oko.
- Daj jej spokój! Zasnęła dopiero po śniadaniu. – pisnęła Mabelle.
- Cicho, idiotko!
- Idiotko? – krzyknęła brązowowłosa, machając energiczniej szczotką.
- Tak! Trzeba być naprawdę tobą, żeby wybrać Black’a zamiast Davida. – odparła Rachel, trąc zamkniętą powiekę. Mabelle zaczerwieniła się jak buraczek.
- يَا لَلْخَيْبَة! – krzyczała Jalil, penetrując wnętrze swojej kosmetyczki. Alice udawała Britney w łazience.
- Paranoja. – mruknęła Lilly, zwlekając się z łóżka.
- Stój! Ludzie dostaną zawału! – wrzasnęła krótkowłosa Gryfonka, co powstrzymało Potter przed wyjściem na korytarz w stanie „nieco niedopracowanym”. Przygładziła niedbale fryzurę i otworzyła drzwi. Jej oczom ukazał się gorszy widok niż Sodoma i Gomora razem wzięte do kwadratu, więc szybko zamknęła wrota piekieł i wskoczyła z powrotem do łóżka.
- Pogrzało was z tym balem. Jakby to rzeczywiście było coś fajnego.
*
Nigel szedł korytarzem najspokojniej w świecie, ogarniając wzrokiem sufit i zwisające zeń pajęczyny. Zdawał się nie zwracać uwagi na szepty, chichoty i maślane oczy dziewcząt. W gruncie rzeczy naprawdę go nie obchodziły. Dziewczyny były dlań czymś dziwnym, niezrozumiałym, a przez to bardzo odległym. Dlatego też nigdy nie wysilał się zbytnio na kontakty z nimi i ignorował je jak mógł. Były to stworzenia zbyt skomplikowane, zmienne, jak fale o nieokreślonej częstotliwości próbujące na siłę wejść w rezonans z płynącym z niego spokojem. W tym, że Nigel nie interesował się płcią przeciwną, która wyraźnie zrobiła odwrotnie, nie było pychy czy zadzierania nosa. Po prostu – kiedy czegoś nie pojmujemy przeraża nas to, więc staramy się oddalić od tego jak najbardziej.
Jedyne, co McCallister czuł do całego rodzaju żeńskiego była zazdrość. Lekka, ukryta, ale rzeczywista. Otóż świat złożony jest ze spodni i spódnic oraz ich nosicieli. Niektóre z nosicielek spódnic przerzuciły się na spodnie i nikt nie ma im tego za złe, wszystko jest w porządku. Nikt ich do tego nie zmuszał. Dlaczego więc, do ciężkiej cholery, zmuszają nosicieli SPODNI do noszenia KIECEK?
Tak więc Nigel McCallister przemierzał korytarz w ciemnoczerwonej szacie wyjściowej i starał się odpędzić od siebie złość. Faceci w sukienkach, koniec świa…
- O w dupę.
Zza portretu Grubej Damy wyłoniła się grupka roześmianych dziewcząt, a za nimi ONA. Miała na sobie złotą, misternie wyszywaną, dopasowaną sukienkę i tiulową chustę na czarnych włosach. Jej ciemna twarz mieniła się jak twarz nimfy, wyłaniającej się znienacka z morskiej topieli. Wyglądała piękniej niż wila, brązowo-złota, śliczna.
- Salam! – uśmiechnęła się promiennie.
- Sa… Kurde, ale ładnie wyglądasz! – wykrztusił Nigel, stojąc jak kołek na środku korytarza.
- Dziękuję. – zarumieniła się. – Iść?
- Co? O tak, jasne… - nawet nie ruszył się z miejsca.
Jalil podeszła do niego i spojrzała głęboko w intensywnie zielone oczy, po czym uniosła się na palcach i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. Uśmiechnęła się i odsunęła nieco. Krukon wyglądał na oszołomionego.
- Ta, i myślisz, że teraz łatwiej będzie mi ruszyć się z miejsca?
Arabka zaśmiała się i pociągnęła go w stronę Wielkiej Sali.
*
- A nie mówiłam? – mruknęła Rachel, obdarzając Jacka taksującym spojrzeniem. Miał na sobie ogniście pomarańczową szatę, a jego okrągłą fizjonomię zrobił uśmiech tak promienisty, że wypełniał pokój nadprzyrodzonym blaskiem. – To tylko ty mogłaś tak wybrać. – dodała, mijając szatynkę i zbliżając się do jasnowłosego przystojniaka zwanego Davidem.
Mabelle podniosła orzechowe oczy na Blacka i zaraz je opuściła. Poczuła, że jej twarz płonie żywym ogniem, a wnętrzności wykonują dziki taniec. Gardło skurczyło się jej jak ściśnięte sznurkiem, nie pozwalając wyksztusić słowa. „Co do cholery… Dobrze, że wygląda jak wariat. Wariaci są potrzebni.”
Jack przestał się szczerzyć i otworzył oczy. Jego usta mimowolnie rozchyliły się w wyrazie głębokiego szoku. „Zaraz, czy to jest ta szara mysz Mabelle?”.
Bowiem przed nim stała dziewczyna w ślicznej, zwiewnej sukience w kolorze nieco jaśniejszym od malinowego, wyszywanej w fantazyjne kwiaty drobnymi, pomarańczowymi koralikami. Na długiej, jasnej szyi miała wisiorek z podobnych paciorków o prostej a ślicznej formie. Długie, brązowe włosy upięła w luźny kok. Zdenerwowanym ruchem odgarnęła niesforny kosmyk z czoła i poprawiła błyszczącą spinkę.
- Ała! – zawołał czarnowłosy, rozmasowując sobie żuchwę. Wystraszona dziewczyna znowu na niego spojrzała. – Jesteś taka śliczna, że aż mi szczęka z zawiasów wyskoczyła.
Mabelle uśmiechnęła się. Poczuła, że twarz zaraz jej wybuchnie, pokrywając Pokój Wspólny lawą jej nieśmiałości.
*
Ian zerkał co chwila na uwieszoną na nim blondynkę i wciąż nie mógł się pozbyć myśli, że chciałby tu być z kimś innym. Nie wiedział z kim – po prostu dręczyło go dziwne uczucie niespełnienia. „Dlaczego w tej głupiej szkole nie ma żadnych inteligentnych dziewczyn?” myślał, mijając kolejne wymalowane laski w wymyślnych sukienkach. „Za jasno tu. Za błyszcząco. Za dużo ładnego to niezdrowo.”
*
Na obszernym łóżku z czterema kolumienkami w rogach, osłonionymi ciężkimi, bordowymi kotarami, leżała dziewczyna. Nie była za specjalnie ładna. Prawdę mówiąc, kiedy przyszła do tej szkoły, w ogóle nie była ładna. Wręcz brzydka. Teraz, dzięki pewnym kretynkom zmieniła nieco swój wygląd. Nie wypiękniała zbytnio, lecz zmiana dobrze jej zrobiła. Wewnętrznie.
Postać była chuda jak kościotrup, blada jak śmierć, okuta w workowate jeansy i czarny, zbyt luźny golf (wszystko było na niej zbyt luźne). Krótkie, czarne włosy rozsypane były wokół głowy, a na bladej, piegowatej, opatrzonej malowniczymi sińcami pod oczami twarzy malował się wyraz niezadowolenia.
Lilly Potter walczyła ze sobą.
Wpatrując się bez zbędnej ciekawości w sufit do głowy przyszło jej nagle stwierdzenie tak trafne, że aż zabolało:
- Jestem ofiarą. – mruknęła sama do siebie.
Od pewnego wydarzenia w przeszłości coraz bardziej pogrążała się w… czym? Można by powiedzieć, że wręcz przeciwnie, uwalniała się z emocji. Stawała się jak pusta muszla. Ale to nieprawda. Ona chowała je w sobie. Pozbawiona ekspresji osobowość pozostawała pod czarną skorupą. Kumulowała się wewnątrz. Czasami wypływała na zewnątrz i wnikała w poduszkę, gdy wszyscy spali. Znikąd. Donikąd. Bez niczego. Bez nikogo.
Zamknęła oczy. Czy wbrew pozorom chciała być taka jak inne? Czy chciała wesoło chichotać w towarzystwie przyjaciółek? Czy chciała beztrosko plotkować o chłopcach, przeżywać przypadkowe spojrzenia, słowa, gesty, ulotne chwile? Czy tak jak reszta chciała być piękna? Olśniewająca? Czy chciała spostrzec w oczach tego jedynego błysk zachwytu? Czy chciała uśmiechnąć się do lustra? Chociaż raz?
- Nie. To nie ja. Ja jestem kimś innym. Zawsze byłam. Już się nie zmienię.
Nagle pojawiło się pod zamkniętymi powiekami zdjęcie rudej dziewczynki, jadącej na rowerze, śmiejącej się głośno do jasnoniebieskiego nieba.
- Moje niebo jest teraz szare. Moje włosy są czarne. Moja dusza jest…
… smutna. Westchnęła bezsilnie i przekręciła się na bok, jakby zmiana pozycji miała odpędzić z niej dziwne uczucia. Nagle otworzyła szeroko żółtawe oczy. Pod kołdrą coś zaszeleściło.
Szybkim ruchem odrzuciła bordowy materiał i ujrzała białą siatkę. Skąd…? Pomyślała, że może któraś z dziewczyn przez przypadek… Niemożliwe. Drżącymi palcami chwyciła torebkę i wytrząsnęła z niej zawartość. Na łóżku wylądował duży kłąb czarnego materiału i kartka, pokryta pełnym zawijasów, znajomym pismem.
„Myślałam, że ulegniesz pod przymusem. Gdyby jednak Lilly wypełzła z tego chudego osła, mam nadzieję, że mój prezent gwiazdkowy się przyda. Jalil”
Chwyciła materiał. W pozbawionych wyrazu oczach błysnęło coś dziwnego.
Nie mamy kontroli nad płynącą rzeką, nad śmiercią i nad miłością. Ale mamy kontrolę nad własnym życiem. Jeśli nie za późno odnajdziemy prawdziwego siebie, wciąż możemy je zmienić. To też jest rzecz ludzka.
*
Mimo wszystko musiał przyznać, że nie jest źle. Grała jakaś kapela, którą ewidentnie lubili nauczyciele – energiczny, nieco alternatywny wyspiarski rock’n’roll z początku wieku. Dziadki z gitarami dawali niezłego czadu. I mimo, że muzyka nie przypominała wzbudzających odruch wymiotny rytmów prosto z amerykańskich balów maturalnych, nogi same ciągnęły właściciela na parkiet. Atmosfera nie była tak upierdliwa, jak się spodziewał, żarcie znośne, jacyś siódmoklasiści przemycili procenty. Miło z ich strony.
Niestety, ludzi było od groma. Większą część Wielkiej Sali zajmowały podsunięte pod ściany stoły oraz spora scena. Dość obszerną przestrzeń wkrótce wypełniła mieszanina zapachu perfum, jedzenia i potu. Poczuł, że robi mu się duszno. Obtańcowywał kolejną (setną?) już laskę, która wciąż patrzyła się nań pożądliwie spod długich, czarnych rzęs. Nagle dostrzegł w jej oczach błysk, którego bardzo nie lubił. Zobaczył nienaturalnie rozszerzone źrenice, jej uśmiech był nieco głupawy, nieprzytomny, wyraz twarzy świadczył tylko o jednym. Oj, Ian, tolerancyjny zwykle, bardzo ćpania nie lubił. Zaczął chyłkiem wycofywać się ku wyjściu, tymczasem dziewczynę przejął jakiś blondyn.
Zaczerpnął duży haust chłodnego powietrza holu, gdy dostrzegł znajomą postać w ciemnoczerwonej szacie, siedzącą w kucki przy schodach. Jego twarz była chowana w cieniu, ale postura i fryzura skojarzyły mu Harvey’a z jego roku.
- Hej, gdzie zgubiłeś swoją dupeczkę? – zawołał przez rozciągłość pomieszczenia.
Chłopak podniósł głowę i okazało się, że bynajmniej nie jest to Harvey.
- Mam ją na miejscu, ale nie będę ci pokazywał. – odparł beztrosko McCallister. – Na widok miny Ślizgona dodał: - Co z tobą? Zawód albo rozczarowanie bynajmniej tak nie wygląda.
- O w dupę… - Mruknął Ian, gapiąc się bezmyślnie w punkt za Krukonem. – Hej, to nie jest worek pokutny!
*
W połowie korytarza zdała sobie sprawę, co właściwie wyprawia. „Cholera”, myślała, podczas gdy jej nogi samowolnie posuwały się od przodu, „co ja sobie myślę? Przecież to kompletna paranoja. Nie dość, że jestem brzydka i stuknięta, to teraz jeszcze niepoczytalna.”
Złapała się oburącz za głowę jakby rozrywała ją migrena, po czym odwróciła się na pięcie i już chciała zwiać, gdy ktoś zawołał:
- Hej, to nie jest worek pokutny! Oszukałaś mnie! Hej!
Usłyszała na sobą kroki, zbliżające się z coraz większą częstotliwością. Nagle poczuła, jak ktoś łapie ją za kościstą dłoń i odwraca ku sobie. Spojrzała w chłodne szare oczy i nagle oprzytomniała całkowicie. Oczy, przed chwilą rozszerzone ze zdziwienia, zmniejszyły się, jakby cofnęły, zmatowiały, powieki nieco opadły, twarz przybrała typowy, pozbawiony emocji wyraz. Sylwetka, która zdawała się przed momentem mieć w sobie odrobinkę gracji, zgarbiła się uwydatniając swoją kanciastość. Czarna sukienka do ziemi, spasowana na tyle, by uwydatniać kobiecość a ukryć chudą budowę, nabrała dziwnej workowatości. Oto Lilly właśnie.
- Huh? Ej, a tak ładnie wyglądałaś! Gdzie zniknęła ta laska? – zawołał Ślizgon, wciąż trzymając ją za rękę.
- Tam. – mruknęła, wolną dłonią wskazując w górze miejsce, gdzie niezniszczalny Irytek żonglował wyglądającymi na drogocenne laskami z XIX wieku.
- Hej, nie sądziłem, że przyjdziesz! – powiedział wyluzowany Nigel z wyluzowanym uśmiechem, zmierzając w ich stronę wyluzowanym krokiem w wyluzowanej pozie, do wcale nie wyluzowanej Lilly.
- Brakuje tu jeszcze jakiejś Puchonki dla równowagi. – odparła Gryfonka.
W tej samej chwili tuż nad ich głowami przeleciała Puchonka, otoczona chmarą pierzastych łapaczy-wyjadaczy.
- O. – mruknęli jednocześnie obaj chłopcy.
- A tak poza tym to nie zmieniaj tematu. – dodał Krukon z uśmiechem.
Lilly wpuściła ze świstem powietrze z ust i przemówiła idealnie monotonnym głosem idealnie zmyśloną historię:
- Otóż właśnie zmierzałam na spotkanie Stowarzyszenia Emancypacji Czcicieli Budyniu, gdzie mieliśmy opracować wpis do Encyklopedii Wszechrzeczy, a dokładnie zwięzłą, acz treściwą notatkę o pochodzeniu, rodzajach i składzie chemicznym owej substancji. To bardzo ważna sprawa, a terminy naglą, więc musieliśmy spotkać się właśnie w dniu balu o godzinie 21: 43 i pragnę zaznaczyć, że jestem już spóźniona. Gwoli wyjaśnienia mojego dziwnego ubioru oświadczam, że wszyscy członkowie SECB ubierają się na czarno, aby podkreślić swój żałobny stosunek do społeczeństwa, które uparcie porównuje budyń do puddingu, a to są dwie zupełnie inne rzeczy. Nawiasem mówiąc, mógłbyś puścić moją rękę? – dokończyła na wdechu zwracając się do Iana, który zignorował prośbę. Obaj z McCallisterem nie wyglądali na przekonanych.
- No i fajnie, ale obawiam się, że dzisiejsze zebranie odbędzie się bez ciebie. – uśmiechnął się Nigel.
- No i nie myśl sobie, że puścimy się wolno. – wyszczerzył się Kennedy.
- LILIA!
Wszyscy troje spojrzeli w stronę, z której dochodził krzyk. Jalil właśnie opuściła łazienkę i stała w pozycji „zdziwionej Amazonki” na środku korytarza. Korzystając z nieuwagi chłopców Potter usiłowała się wyszarpnąć i zwiać, ale nie udało się jej to, gdyż Arabka właśnie podbiegła do małego zgromadzenia i zaczęła coś majstrować przy jej sukience.
- Pasować. Świetnie. – uśmiechnęła się tak rozbrajająco, że Lilly opadły nie tylko ręce, ale również cały podręczny arsenał, którym nie powstydziłby się Pentagon. (żartuję <- przyp. autor. Serio? No coś ty? <- przyp. czyt.)
- Ty oszuście! Czyli ta sukienka nie była wymogiem Stowarzyszenia, ale przeznaczona na bal! – zawołał Nigel.
- Czy ty przepraszam uwierzyłeś w jakże twórczą bajkę? – zapytał nieco zniesmaczony Ian. Na widok miny Krukona zdał sobie sprawę, że owszem, uwierzył, i pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym zwrócił się do Lilly z uśmiechem godnym Lucyfera: - No cóż, skarbie, obawiam się, że będziesz zmuszona jednak pójść na ten bal.
I zanim do Lilly dotarł sens tych słów, zanim zdążyła zareagować, powiedzieć cokolwiek, twoje nastolatków zaniosło szamoczącą się dziewczynę jak bagaż do Wielkiej Sali.
*
- Chcesz pić?! – zawołał Jack, usiłując przekrzyczeć muzykę.
- Bić? – odkrzyknęła zdziwiona Mabelle.
- Taaak!!! – Black wyglądał na wyraźnie zadowolonego, że się dogadali, ale na widok miny Mabelle zdał sobie sprawę, że powiedział „hop” zanim przeskoczył. Swoją drogą na twarzy dziewczyny malował się jak fantastycznie zdeformowany wyraz, że sam Salvador Dali by się nie powstydził.
Jack stwierdził, że się jednak nie dogadają. Złapał ją za rękę i usiłował przecisnąć się do wyjścia, ale nie było to łatwe. Impreza rozkręciła się na maksa. Głośność i rytm muzyki dobijały się echem wewnątrz głowy, sprawiając że szare komórki zaczynały poruszać się podobnie jak tłum spragnionych rozrywki nastolatków. Setki ciał, tańczące, a raczej gibające się bez większego sensu czy choreografii nie do końca w takt muzyki, światła spływające wraz z potem po błyszczących twarzach, chaos, paranormalna rzeczywistość. Kurde, ktoś tu palił jakieś zielsko.
W końcu wydostali się na jakiś balkon i, przewieszeni przez barierkę, chwytali oddech jakby wynurzyli się z morskiej topieli. Mabelle była tak wykończona, że osunęła się na kolana i oparła czoło o marmur. Jack usiadł koło niej, może trochę za blisko, gdyż rumieńce zmęczenia na jej twarzy nabrały nieco intensywniejszego odcienia.
- Pytałem wtedy, czy chcesz coś pić. – powiedział.
- Myślałam, że „chcesz się bić”. – odparła dziewczyna.
Black wybuchnął śmiechem. Rechotał przez dobrą minutę, w kącikach oczu zakręciły się łzy.
- Mocne. – wyszeptał między chichotem, ocierając mokre rzęsy.
- Jack… - zaczęła Mabelle, ale urwała, patrząc się w dół.
- Mmm? – odwrócił twarz w jej stronę. Kiedy dziewczyna na niego znowu spojrzała, był stanowczo za blisko. Poziom czerwoności sięgnął burgunda.
- N-nic.
- Oj dawaj, jak masz coś powiedzieć to mów. Nie powinno się odkładać niczego na później, bo nigdy nie wiadomo czy później będzie. – odparł z uśmiechem.
- To nie zawsze jest takie proste. – wyszeptała dziewczyna.
- Mówienie jest zawsze proste, gorzej z wypowiadaniem się.
- Możliwe.
- To co mi chciałaś powiedzieć? – spytał znowu, uśmiechając się jeszcze szerzej.
Dlaczego jego oczy są takie niebieskie? Stanowczo zbyt niebieskie. Odwróciła wzrok.
- Lubię cię. – powiedziała tak cicho, że gdyby w tym momencie zarechotała żaba, na pewno by nie usłyszał. Na szczęście żaby nie było, ale reakcja Jacka pozostawiała wiele do życzenia.
- To rzeczywiście straszne. – zachichotał.
- Ale nie w ten sposób. Platoniczny w sensie. – odparła z pewną dozą złości.
- To w jaki?
- Ty wiesz w jaki. – powiedziała, ponownie podnosząc na niego orzechowe oczy. Coś zmieniło się w jej spojrzeniu, było jakby bardziej zdecydowane, ale przede wszystkim szczere.
Jack patrzył oszołomiony w te duże oczy i usiłował to zrozumieć. Coś jednak do niego nie docierało, oszołomiony słodkim zapachem perfum i zwijającym mu wnętrzności wężem. Działając pod wpływem nieznanej siły, na którą nie miał żadnego wpływu (a może nie chciał mieć) pochylił się powoli w jej stronę. Przymknęła powieki. „Cholera, jak można mieć takie długie rzęsy…?”, pomyślał, zanim…
Już miała zamknąć oczy i oddać się nieznanemu wcześniej uczuciu, które miało nią ogarnąć, gdy w polu widzenia pojawiło się coś potwornego. Wrzasnęła cicho i cofnęła, przytulając do marmurowej barierki.
Przez próg próbowało przepełznąć jakieś dziwne, kanciaste stworzenie. Miało niby ludzkie kształty, ale było tak nieproporcjonalnie chude, że przypominało raczej kościotrupa obleczonego w skórę. Owinięte czarnym, do złudzenia przypominającym kir materiałem sunęło po posadzce wydając mrożące krew w żyłach dźwięki. Zza kurtyny czarnych włosów prześwitywała blada twarz ściągnięta w grymasie przerażenia, a żółte oczy błysnęły, jakby chciały krzyczeć o ratunek. Zombie wyciągnęło drżącą rękę w ich stronę. Tym razem to Jack krzyknął:
- Lilka! Co ty robisz?! Przerwałaś coś bardzo ważnego!
Zombie usiadło gwałtownie i odrzuciło włosy z twarzy.
- Przepraszam. – odparła bez żalu w głosie, po czym po raz kolejny rzuciła na niego błagalne spojrzenie. – Uratuj mnie!
- O, tu jesteś! – z ciemnego korytarza wynurzyła się uradowana twarz Nigela. Omiótł wzrokiem złą Potter oraz Jacka i Mabelle, mających takie miny, że wszystko stało się dla Krukona w jednej chwili jasne.
- Chodź Lilly!
- Spadaj. Zajmij się swoją dziewczyną. – odpowiedział mu dobrze znany, obojętny do bólu ton.
- Co? – zdziwił się, ale nagle przypomniał sobie o Jalil. – A, fakt. To Kennedy cię odprowadzi.
- Tylko nie to. – mruknęła ciągnięta, a prawie niesiona przez o wiele wyższego od niej chłopaka.
Jack uśmiechnął się pod nosem i odwrócił do nieco zszokowanej Mabelle. Dziewczyna przeniosła na niego zdziwione spojrzenie.
- Myślę, że wiem o co ci chodzi. – odparł wesoło.
- Tak? – odparła głosem pełnym nadziei. Rozchyliła nieco drżące usta.
- Tak. Platoniczny nie, także wniosek jest jeden… - uśmiechnął się i pochylił w jej stronę. Poczuła, że coś łapie ją za gardło i nie pozwala oddychać. Bliżej… - Lecisz na mnie!!!
Mabelle cofnęła się gwałtownie, oszołomiona tym nieco wulgarnym stwierdzeniem, które zawsze kojarzyło jej się nieco perwersyjnie, uniosła ręce w obronnym geście i wyjąkała:
- N-nie, no skąd…
- Nie? – w głosie Jacka słychać było wyraźny zawód. – Szkoda.
Chwila milczenia. Już chciała sprostować, powiedzieć, że tak, niech nazywa to jak chce, leci na niego, gdy Black gwałtownie wstał i swoim energicznym sposobem mówienia zaproponował:
- Chodźmy potańczyć!
Nikt nie potrafił się oprzeć Jackowi.

-------> Zestaw śniadaniowy <-------
Od lewej: Rose Weasley, Ian Kennedy, Jalil Ahmad, Hugo Weasley, Nigel McCallister, Lilly Potter Jr., Jack Black, Mabelle Graylore, Scorpius Malfoy, Albus Severus Potter, James Potter Jr.
Eksperymentalna

komentarze [7]